Lorenzen Wright

Lorenzen Wright

Scary Fact: Powiedzcie, jeśli już to słyszeliście w jakimś kiepskim kryminale… Telefon na policję przerwany odgłosem wielokrotnych wystrzałów z broni palnej… Rozkładające się ciało znalezione na odludziu… Niewyjaśniona zbrodnia, którą przez lata żyje całe miasto… Broń wyłowiona z rzeki… Mąż z polisą na życie wartą milion dolarów i żona, która uknuła plan jego zabicia…

To wszystko motywy składające się na morderstwo Lorenzena Wrighta, które dopiero niedawno ułożyły się w sensowną całość.

Pod koniec 2017 roku policja z Memphis doczekała się przełomu w sprawie – odkryto narzędzie zbrodni. Ono doprowadziło ich do Billy’ego Turnera, którego 5 grudnia oskarżono o udział w zabójstwie Wrighta. 10 dni później aresztowano w Kalifornii Sherrę Wright – żonę i matkę szóstki dzieci Lorenzena (siódme, córeczka Sierra Simone, zmarła nagle jako niemowlak w 2003 roku – Wright ustanowił potem stypendium jej imienia). Jej także postawiono zarzut morderstwa.

Turner i Wright uczęszczali do tego samego kościoła, gdzie mężczyzna pełnił rolę diakona. Według udostępnionych przez śledczych informacji, zaczęli rzekomo planować morderstwo byłego gracza NBA wiosną 2010 – kilka miesięcy po rozwodzie Sherry i Lorenzena – a wprowadzili je w życie 19 lipca. W chwili gdy padły śmiertelne strzały, Wright połączony był z policyjnym numerem alarmowym, ale z powodu głupoty osoby, która odebrała telefon, nikt nie wiedział o tym wydarzeniu jeszcze przez osiem dni. Dlatego właśnie ciało koszykarza odkryto dopiero 28 lipca, już po tym, jak upalne lato w stanie Tennessee pozbyło się znacznej części dowodów.

Całe Memphis – gdzie Lorenzen grał w kosza w liceum, na studiach i nawet w NBA (lata 2001-2006) – czeka na odpowiedzi od siedmiu lat (mówi się, że to w tych stronach najgłośniejsze zabójstwo od czasu śmierci Martina Luthera Kinga). Czekają też rodzice Lorenzena – mama Deborah oraz tata Herb, który także był zawodowym koszykarzem (choć do NBA się nie dostał) i w 1983 roku został postrzelony, przez co do dziś porusza się na wózku inwalidzkim. Miejmy nadzieję, że to właśnie ten moment, kiedy wreszcie poznamy prawdę – wszystko wskazuje na to, że znacznie bardziej smutną, niż mogliśmy podejrzewać w 2010 roku, gdy zeznania żony i wcześniejsze kłopoty z prawem Wrighta sugerowały śmierć w wyniku narkotykowych porachunków.

Fun Fact: Lorenzen Wright grał w NBA w latach 1996-2009, a statystycznie najlepsze lata spędził w Atlancie i Memphis między 2000 a 2005 rokiem. Nie tylko jednak ze względu na zakres tematyczny tego bloga, najbarwniejsze lata jego kariery przypadły na pierwsze trzy sezony rozegrane w Los Angeles Clippers., do których trafił z 7. numerem Draftu 1996. Jako debiutant współtworzył jeden z najdziwniejszych składów Clippers w historii – przypadkową zbieraninę, która jednak dała klubowi bardzo rzadki sukces, czyli awans do playoffs. W punkt jest opis tamtej ekipy ze Sports Illustrated (moje przypisy w kwadratowych nawiasach):

Nie mają centra [z konieczności właśnie na tej pozycji grywał Lorenzen]. Ich point guard był rezerwowym w college’u, został zwolniony przez drużynę ligi CBA i jest trzy cale niższy od swojej dziewczyny [Darrick Martin]. Ich najlepszy rezerwowy podkoszowiec ma najgorszą mechanikę rzutu w całej NBA [Bo Outlaw, jakimś cudem wciąż jeszcze bez osobnego posta na tej stronie]. Ich najlepszy strzelec zdobywa tylko 14.2 punktu na mecz [Loy Vaught]. Ich shooting guard trafia tylko 40.4% swoich rzutów [Malik Sealy, którego skuteczność w tamtym sezonie spadła ostatecznie do 39.6%]. Ich najbardziej utalentowany zawodnik grywa ledwie po 16 minut w meczu [Brent Barry].

Ten właśnie zespół, pod wodzą oldschoolowego coacha, Billa Fitcha, wygrał 36 spotkań, zajmując ósme miejsce w Konferencji Zachodniej. Odpadli z playoffów po trzech starciach z późniejszymi finalistami – Utah Jazz – i, oczywiście, błąd w Matriksie został szybko naprawiony (rok później wygrali już tylko 17 razy), ale dali nielicznym fanom Clippers sporo powodów do radości. W najbardziej wyrównanym pojedynku z Jazzamanami – meczu numer 2, przegranym 99:105 – Lorenzen Wright był najlepszym graczem swojej drużyny z 17 punktami i 6 zbiórkami.

Choć pokładane w nim nadzieje spełniał tylko momentami, w 1999 roku był jednym z najbardziej pożądanych wolnych agentów i oczywiście skrzętnie skorzystał z okazji ucieczki z klubu Donalda Sterlinga, w ramach sign-and-trade z Hawks, choć wiele mówiło się wtedy, że trafi do rywali zza miedzy, bo Phil Jackson widział dla niego miejsce w pierwszym składzie Lakers (nie żeby konkurencja była duża – ostatecznie dostał je 36-letni A.C. Green). Ta oferta przegrała jednak z dwukrotnie wyższą pensją i wieloletnim kontraktem z Atlanty.

Skrót jego kariery (bez powrotu do Jastrzębi w 2006 roku i epizodów w Sacramento i Cleveland) w ruchomych obrazkach wygląda mniej więcej tak:

 

Reklamy
Otagowane

Sam Perkins

Sam Perkins

Fun Fact: Oto alfabetyczna lista koszykarzy, którzy wystąpili w Finałach NBA/BAA w barwach przynajmniej trzech drużyn:

Wilt Chamberlain (Warriors, Sixers, Lakers)

Larry Foust (Pistons, Lakers, Hawks)

Horace Grant (Bulls, Magic, Lakers)

Robert Horry (Rockets, Lakers, Spurs)

Clyde Lovelette (Lakers, Hawks, Celtics)

Shaquille O’Neal (Magic, Lakers, Heat)

Gary Payton (Sonics, Lakers, Heat)

Kendrick Perkins (Celtics, Thunder, Cavaliers)

Sam Perkins (Lakers, Sonics, Pacers)

John Salley (Pistons, Bulls, Lakers)

Connie Simmons (Bullets, Knicks, Nationals)

Eric Snow (Sonics, 76ers, Cavaliers)

Max Zaslofsky (Stags, Knicks, Pistons)

Wśród trzynastu koszykarzy na tej liście jest dwóch Perkinsów, choć w całej historii NBA było tylko trzech graczy o tym nazwisku. Przypadek? Przypadek.

Nieprzypadkowy z kolei jest fakt, że Sam Perkins jest rekordzistą jeśli chodzi o celne rzuty za trzy w Finałach NBA oddane z pozycji centra. Ma 20 takich trafień, a za nim są Rasheed Wallace (13) i Bill Laimbeer (12). Bez podziału na pozycje plasuje się na 28. miejscu, wyprzedzając o jedno trafienie np. Chaunceya Billupsa i Larry’ego Birda.

Nieźle, jak na kogoś, kto ma cały czas zamknięte oczy.

Otagowane

Wayman Tisdale

Wayman Tisdale

Fun Fact: Zmarły w 2009 roku Tisdale był bardzo sympatycznym facetem, z wielkim uśmiechem, jeszcze większym sercem i porównywalnych rozmiarów wszechstronnym talentem. Ta wszechstronność utrudniła mu jednak spełnienie oczekiwań koszykarskich, które w połowie lat 80. były ogromne – po 3 wspaniałych latach w NCAA i złotym medalu na IO w Los Angeles, Wayman był drugim pickiem w Drafcie 1985, tylko za Patrickiem Ewingiem. Gwiazdą NBA nigdy jednak nie został (jego kariera w skrócie: przez 3.5 roku nie mógł wywalczyć sobie stałego miejsca w podstawowym składzie Pacers, zażądał transferu, 5.5 roku nabijał sobie staty w słabiutkich Kings, by w końcu podpisać kontrakt z mającymi wypalić się rok później Phoenix Suns, gdzie spędził 3 ostatnie lata w lidze), a jednym z powodów był fakt, że choć gra w koszykówkę przychodziła mu z łatwością, to on i tak wolał grać na basie. Solowych płyt wydał prawie tyle, ile sezonów rozegrał w NBA – 10 (wliczając kompilację największych przebojów) – zdobywając jako muzyk być może nawet większe uznanie, niż to, którego doczekał się jako zawodowy koszykarz. Jego czwarta płyta, „Face to face”, zawędrowała na pierwsze miejsce jazzowej listy Billboardu…

Oczywiście nie zmarnował zupełnie tych 12 lat w NBA, choć nie wiemy, jak wiele by osiągnął, gdyby basket był jego pierwszą miłością. To co jednak wiemy, powinno nam wystarczyć: Wayman Tisdale spełnił o dwa życiowe marzenia więcej niż większość z nas.

Otagowane

Mark Bryant

Mark Bryant

Fun Fact: W swojej trwającej od 1988 do 2003 roku karierze, Mark Bryant pojawił się w prawie 800 meczach NBA, jednak w pierwszej piątce znalazł się mniej niż 200 razy, rzadko grywając dłużej niż 20 minut w spotkaniu. A jednak lata 90 nie mogły się bez niego obejść, bo był jednym z tych zawodników, którzy współtworzyli klimat tej ligi w tamtym czasie: nieprzesadnie utalentowany misiek, dający z siebie wszystko w walce pod koszem, typ, z którym bardzo chcesz iść na piwo, ale którego nie chciałbyś spotkać w ciemnej uliczce z tego piwa wracając. Prawilny flat top tylko cementował jego rolę niezbędnego komponentu, ukrytego gdzieś pod błyszczącą maską wypasionej bryki jaką stawało się w tamtej dekadzie NBA…

MarkBryant2

Mark był gościem, którego trenerzy uwielbiali, bo zawsze było wiadomo, co od niego dostaną. Szkoda, że tylko dwukrotnie w karierze (na 15 sezonów) ta miłość przekładała się na częstsze rozpoczynanie meczów w pierwszej piątce niż na ławce. Trenerzy jednak cenili w nim m.in. to, że niezależnie ile minut dostawał, jego wkład był zawsze taki sam. Pewnie nie bez znaczenia był też fakt, iż Bryant miał talent do łapania dużej liczby fauli. Jest jednym z zaledwie siedmiu graczy w historii, którzy zaliczyli ponad 2000 przewinień, mając na koncie mniej niż 13500 minut gry. Łapał faul co 6,7 minuty (dla porównania, taki Marquese Chriss z Phoenix Suns, który słynie z głupich przewinień, fauluje co 6,8 minuty) – to 160% ligowej normy w latach 1988-2003 (statystycznie gwizdano wówczas faul co 10,7 minuty). No ale umówmy się, że jak się ma takiego byka jak Mark Bryant, to nie wysyła się go na parkiet żeby się z rywalami głaskał. John Stockton mógłby to potwierdzić…

John Stockton zdeptany

W NBA popularny jest podział na graczy spędzających większość kariery w jednym klubie i wałęsających się od drużyny do drużyny. Mark Bryant był w swojej karierze i jednym i drugim – przez pierwsze 7 lat nie zdejmował koszulki Blazers, by przez resztę kariery założyć trykot innego klubu… 9 razy (kolejno: Rockets, Suns, Bulls, Cavs, Mavs, Spurs, Sixers, Nuggets, Celtics).

Najdziwniejszym trykotem jaki założył Mark był jednak ten oto, bez nazwiska na odwrocie:

Otagowane

Johnny Dawkins

Johnny Dawkins

Fun Fact: Po trzech meczach sezonu 90/91, Johnny Dawkins wykręcał średnie na poziomie 20 punktów, 9 asyst i 5 zbiórek. Najlepiej wypadł w meczu otwarcia, przeciw przyszłym mistrzom NBA.

Sad Fact: W czwartej minucie, czwartego meczu sezonu 90/91 (fun fact dla lubiących cyferkowe zbiegi okoliczności: miał wtedy na koncie 4 punkty), zerwał więzadło ACL w prawym kolanie. W tamtych czasach to nie był już wyrok śmierci dla koszykarza (parę miesięcy później Bernard King zagra w All-Star Game, jako pierwszy koszykarz powracający po tego typu kontuzji), ale wszyscy zgodnie twierdzili, że po roku przerwy była gwiazda Duke nie była do końca sobą i jego kariera – do tej pory na fali wznoszącej – dość szybko się rozmyła, mimo ogólnie solidnych numerków. Jako 31-latek żegnał się już z NBA, zostając członkiem sztabu szkoleniowego swojej alma mater.

Fun Fact Raz Jeszcze: W sezonie 93/94 – jego ostatnim w Sixers (potem była jeszcze tylko jedna kampania z Pistons) – Dawkins był jednocześnie kolegą klubowym Shawna Bradleya (7 stóp i 6 cali wzrostu) oraz Manute’a Bola (7’7″), którzy stworzyli drugą w historii ligi parę koszykarzy z jednej drużyny mierzących przynajmniej 7’6″. Pierwsza była jednak starsza ledwie o kilkanaście dni – zanim Manute trafił do Philly na 10-dniowym kontrakcie, spędził dziesięć dni w Waszyngtonie, gdzie występował razem z Gheorghe Muresanem (7’7″). Bol i Bradley nigdy nie zagrali razem w tym samym meczu, za to Bolowi z Muresanem udało się to dwukrotnie, choć Pociski zmarnowały okazję, żeby wysłać ich na parkiet w tym samym czasie (co było tak niebulletsowe, jak nie oliverowomillerowe są post i wstrzemięźliwość). A skoro już pojawił się motyw stolicy USA, to możemy zgrabnie wrócić do głównego bohatera tego wpisu, który urodził się właśnie w Waszyngtonie i jest drugim, albo trzecim najlepszym point guardem urodzonym w Dystrykcie Kolumbii – to już zależy od tego jak bardzo cenicie Shermana Douglasa

Per Game Table
Player From To G GS MP FG% 3P% FT% TRB AST STL BLK TOV PTS
Johnny Dawkins 1987 1995 541 303 27.5 .456 .330 .857 2.5 5.5 1.1 0.1 2.0 11.1
Sherman Douglas 1990 2001 765 482 27.6 .484 .267 .678 2.2 5.9 1.0 0.1 2.3 11.0
Provided by Basketball-Reference.com: View Original Table
Generated 1/10/2018.

Numerem jeden jest Dave Bing – trzykrotny członek drużyn All-NBA (2 razy w 1st Team), siedmiokrotny All-Star, Hall-of-Famer i jeden z pięćdziesiątki najlepszych graczy wybranych na pięćdziesięciolecie ligi.

W rankingu najbardziej udanych zawodowych karier rozgrywających po Duke, Dawkins jest już jednak na czele. (Zapomniałem o Kyriem)

Otagowane

Kendall Gill

Kendall Gill

Fun Fact: Nie ma to jak dobra plotka transferowa z lat 90, dlatego podpierając się niezastąpionym w tym temacie blogiem Knickerblogger.net przybliżę dziś ten moment, w którym New York Knicks prawie wymienili Charlesa Oakleya na Kendalla Gilla.

To było lato 1993 i Michael Jordan jeszcze nie ogłosił swojej decyzji o zakończeniu kariery (pierwszej z trzech), wciąż więc panowała moda na posiadanie „Jordan stoppera”. Nowojorczycy rok wcześniej stracili jednego z zawodników o takiej reputacji (bynajmniej nie niewątpliwej) – Geralda Wilkinsa (podkupili go szukający od lat swojego jordanowego kryptonitu Cavaliers) i teraz dali się ponieść fali entuzjazmu otaczającej 24-letniego Gilla, który zbierał mnóstwo pochwał za grę w defensywie i zdążył już pokazać, iż potrafi zdobywać po 20 punktów w spotkaniu (oraz że jest malkontentem, wymuszając poszukiwania dla niego nowej drużyny na Hornets, u których nie mógł liczyć na więcej niż bycie trzecią opcją).

Wstępnym planem była trójstronna wymiana, na mocy której Gill trafiłby do Wielkiego Jabłka, Hornets pozyskają Herseya Hawkinsa lub Jeffa Hornacka z Sixers, a klub z Philly otrzymałby Charlesa Oakleya i Tony’ego Campbella lub Grega Anthony’ego od Knicks.

Pat Riley uzależniał jednak ten transfer od znalezienia wysokiej klasy następcy Oaka, którym miał być A.C. Green. Żelazna Dziewica odrzuciła jednak awanse swojego byłego trenera z czasów Lakers i zostawiła Hollywood na rzecz Phoenix. W tej sytuacji Knicks – słusznie – wycofali się z dealu z Charlotte i niecały rok później zagrali w finale, zaś Kendall powędrował do Seattle, co okazało się przejściem z deszczu pod rynnę.

Fun Fact bis: Jeden z Czytelników, Dawid, domagał się poprzez Facebooka, żebym koniecznie napisał coś o poniższej sytuacji z trzeciego meczu pierwszej rundy playoffów z 1998 roku, między Nets i Bulls, w którym Kendall Gill dokonał wyczynu nie byle jakiego – podkręcił dwie kostki jednocześnie…

Tylko co ja mam tu pisać? Zwłaszcza, że Dawid wyczerpał temat załączając do swojej wiadomości ten oto tysiąc słów:

Otagowane

Derrick Coleman

Derrick Coleman

Fun Fact: Wiesz, że twoja etyka pracy jest do kitu, gdy, w krótkim, entuzjastycznym materiale na twój temat, ktoś wspomina o tym, że nie starasz się na treningach (dodanie potem, że, spokojnie, w meczach robi co trzeba, w ogóle nie czyni czerwieni zapalającej się lampki bledszą)…

Skacowany DC zaspał na pociąg do ligowej elity. Miał być najlepszym power forwardem w NBA (i to jeszcze zanim Charles Barkley i Karl Malone zakończyli karierę), ale skończyło się na paru przebłyskach z pierwszych sezonów (zanim do złego prowadzenia się i ogólnego bycia bucem dołączyły częste kontuzje), takich jak miano jedynego gościa, który zadunkował nad Shaquille’em O’Nealem (według Shaquille’a O’Neala)…

Dla mnie jednak bardziej adekwatny jest inny „zaszczyt”, na który zapracował sobie przez 15 sezonów w NBA (dużo, ale trzeba pamiętać, że w ostatnich dziesięciu swoich kampaniach występował średnio tylko w 43 meczach) – bycie nieoficjalnym rekordzistą pod względem aresztowań w trakcie czynnej kariery według bloga NBA Crime Library (w tym np. za oddanie moczu na środku zatłoczonej chińskiej restauracji).

Otagowane

Dwayne Schintzius

Dwayne Schintzius

Fun Fact: Dawno nie gościła na tych łamach plereza Dwayne’a Schintziusa, na co reakcja statystycznego konesera otoczki NBA z lat 90 wygląda mniej więcej tak:

Na szczęście znalazłem jeszcze jedną kartę uświetnioną tą klasyczną fryzurą, która była czymś więcej niż po prostu fryzurą. Była żywiołem.

Żywiołem bywał też sam Dwayne, który lubił się kłócić z trenerami i sędziami oraz brzydko faulować rywali a poza parkietem, tych, którzy mu podpadli (na przykład żartując z jego wzrostu) zwykł w dobry dzień opluwać, a w gorszy bić rakietami tenisowymi i tym samym narzędziem demolować im samochody. Dwayne wyciszył się dopiero w NBA, gdzie okazał się niewypałem i stracił status wielkiego talentu, który nakręcał jego ego w czasie gry w NCAA. Był jednak w tym wszystkim bardziej dużym dzieckiem, niż łobuzem. No bo tylko duże dzieci wymyślają ksywki dla swoich fryzur (Schintzius nazywał swoją płetwę „Lobster”, czyli „Homar”).

Otagowane ,

Ołeksandr Wołkow

Ołeksandr Wołkow

Fun Fact: Ołeksandr Wołkow – tudzież Alexander Volkov dla lepiej czujących się w amerykańskiej terminologii – to Ukraiński koszykarz, który w 1989 roku stanął na czele wschodnioeuropejskiej ofensywy w NBA. Razem z nim – wybranym w szóstej rundzie draftu przez Atlantę – w tamtym roku swoje zaoceaniczne kariery rozpoczęli także Drażen Petrović, Sarunas Marciulionis i Vlade Divać (był jeszcze Czarnogórzec Zarko Paspalj, który w wywiadach z rozbrajającą szczerością opowiadał, że jada pizzę pięć razy w tygodniu i kocha papierosy Marlboro – nic dziwnego, iż jego kariera w Spurs trwała tylko 28 meczów).

Wołkow ostatecznie grał w NBA tylko przez trzy sezony – środkowy tracąc w całości z powodu kontuzji – i wrócił do Europy. Chroniczne problemy ze zdrowiem przeszkodziły mu w rozwinięciu skrzydeł nie tylko w USA, bo już trzy lata później, jako 31-latek, zakończył zawodowe uprawianie sportu (nie liczę jego kaprysu po 2000 roku, gdy bywał grającym prezydentem swojego klubu BC Kijów).

Szkoda. Swego czasu był jednym z największych talentów Związku Radzieckiego, mierzącym 208 centymetrów skrzydłowym, który mógł grać na czterech pozycjach. Hawks znali go dobrze, m.in. dzięki ich zwariowanemu tournee po ZSRR z 1988 roku („Przez dwa tygodnie żywiliśmy się głównie ogórkami, pomidorami i ciepłą wódką” – podsumował tamten początek ekspansji NBA ówczesny komentator radiowy Jastrzębi, Steve Holman), choć tak naprawdę czuli miętę do Sarunasa Marciulionisa, który jednak w międzyczasie dogadał się z Golden State Warriors.

Choć był tylko nagrodą pocieszenia, miał już 25 lat i dryg do łapania urazów, Wołkow bez problemu wywalczył sobie miejsce w rotacji Hawks (w której przecież, pod koszem i na skrzydłach, minuty zaklepywali tacy goście jak Dominique Wilkins, Moses Malone i Kevin Willis). Jego średnie z kariery to 6.8 PPG, 2.6 RPG, 2.2 APG i 45.5% FG, ale gdy dostawał większe minuty, Ołeksandr „dowoził”…

W 19 meczach w karierze, w których grał przynajmniej przez 30 minut, statystyczne osiągi Ukraińca wzrastały do 16.2 PPG, 5.9 RPG, 5.7 APG, 50.7% FG. Dodawał też po 2 przechwyty na mecz i trafiał trójki ze skutecznością ponad 40%. Wołkow byłby dziś ulubieńcem graczy w fantasy basketball za takie linijki jak 21/6/7/2/2, 21/5/8/6/2 czy 17/8/10/5/2, wykręcane na pożegnanie z NBA, w marcu 1992 roku.

Otagowane , ,

Bobby Hansen

Bobby Hansen

Fun Fact: Mimo niechęci do dominacji Bulls w latach 90., jedna rzecz zawsze wzbudzała moją sympatię – że choć mieli najlepszego i najbardziej godnego zaufania w kwestii wygrywania meczów koszykarza na świecie, to zawsze znalazło się u nich coś do roboty dla jakiegoś bardzo białego człowieka z drugiego lub trzeciego planu. Wszyscy pamiętają Johna Paxsona i Steve’a Kerra pieczętujących tytuły w, odpowiednio, 1993 i 1997 roku…

Dwie krótkie dygresje.

1. Bulls w czwartej kwarcie szóstego meczu z Suns zdobyli tylko 12 punktów, a trójka Paxsona była jedynym koszem gości nie zapisanym w tamtej ćwiartce Jordanowi.

2. Kerr nie zamieniłby się w bohatera, gdyby wcześniej Shandon Anderson nie zamienił się w Charlesa Smitha

Koniec dwóch krótkich dygresji.

…zapominamy jednak często, że John i Steve nie byli pierwszymi bladymi twarzami tryumfu Bulls. Pierwszy był w 1992 roku Bobby Hansen. Dwunasty zawodnik tamtego składu, który co prawda nie wieńczył mistrzowskiego dzieła, ale dał sygnał do boju w szóstym meczu serii z Blazers.

Byki zaczynały ostatnie dwanaście minut starcia z 15-punktową stratą i wydawało się, że Phil Jackson wywiesza białą flagę wypuszczając na boisko piątkę składającą się ze Scottie’ego Pippena, B.J.’a Armstronga, Stacey Kinga, Cliffa Levingstona i właśnie Bobby’ego Hansena. Hansen zaskoczył jednak wszystkich trafiając trójkę z rogu, a potem zabierając piłkę nikomu innemu, jak Jerome’owi Kerseyowi (najlepszemu zawodnikowi Blazers tamtego wieczora), co odmieniło dynamikę meczu i dało początek niesamowitej pogoni gospodarzy. Gdy Bobby oddawał miejsce na parkiecie Michaelowi Jordanowi, Chicago traciło już tylko 3 punkty do rywali.

Latem 1992 w Chicago zapanowała moda na podawanie się za Bobby’ego Hansena, bo trudniej było wówczas o bardziej niepozornego koszykarza NBA. Był tak niepozorny, że ochrona nie chciała go wpuścić na paradę mistrzowską Bulls.

Wiedząc, że w koszykówce nie spotka go już nic lepszego niż niepodważalny wkład w byczą dynastię, jako 31-latek przeszedł na sportową emeryturę, dzięki czemu tamta trójka pozostała jego ostatnim rzutem w karierze.

Do dziś może się chwalić, że przez pięć minut był godnym zastępcą Michaela Jordana.

Mógłby się też chwalić, że kiedyś (w czasach gdy w Jazz aspirował do roli, którą później pełnił Jeff Hornacek) połamał MJ’owi kostki… gdyby zaraz potem nie spudłował layupa…

Otagowane ,