Sam Bowie

Sam Bowie

Fun Fact: Jego wizerunek skrzywdzonego przez los i politykę kadrową Blazers niebożęcia ucierpiał parę lat temu, gdy Sam Bowie przyznał, iż trochę oszukiwał na testach w Portland. Gdy lekarze opukiwali mu nogi i pytali czy boli, center mówił „nie”, choć myślał „ała”. Nie zmienia to oczywiście faktu, że sztab medyczny Blazers przeprowadził wszystkie możliwe wówczas badania i nie dał zielonego światła przed Draftem 1984 wierząc chłopaczynie na słowo. Mimo wszystko na pewno zatajenie bólu przez Sama ukryło potencjalną czerwoną flagę.

Karma zadziałała natychmiast, sprawiając, że pierwszy z gości, którego Blazers nie wybrali wierząc w dobre zdrowie Bowie’ego został najlepszym koszykarzem w historii, przez co Sam na wieki zostanie zapamiętany jako największa draftowa porażka (warto jednak wspomnieć, że gdyby Blazers nie zdecydowali się na centra z Kentucky, postawiliby nie na MJ’a, a na Charlesa Barkleya).

Trudno mu choć trochę nie współczuć. Zapowiadał się naprawdę nieźle – jako debiutant (10.0 PPG, 8.6 RPG, 2.7 BPG w 76 meczach) znalazł się w końcu w All-Rookie Team, zaraz obok Jordana, Barkleya i Olajuwona (i Sama Perkinsa). Dane mu jednak było rozegrać już tylko pół sezonu w atmosferze ekscytacji stojącymi przed nim możliwościami. Między lutym 1986 a październikiem 1988 aż trzy razy łamał nogę (ten trzeci raz podczas lekkiej rozgrzewki przed meczem przedsezonowym), co zatrzymało i upośledziło jego rozwój.

Często zapominamy, że Samowi Bowie’emu udało się przez pewien czas być zdrowym. Po tym jak Blazers oddali go do Nets (wraz z pickiem, który zamieniono później na Mookie Blaylocka) za Bucka Williamsa przed rozgrywkami 89/90, rozegrał cztery kampanie, w których nigdy nie opuścił więcej niż 20 spotkań, regularnie grał w podstawowym składzie i notował bardzo solidne cyferki.

Per Game Table
Season Age Tm G GS MP FG% 3P% FT% TRB AST STL BLK TOV PF PTS
1989-90 28 NJN 68 54 32.5 .416 .323 .776 10.1 1.3 0.6 1.8 1.8 3.1 14.7
1990-91 29 NJN 62 51 30.9 .434 .182 .732 7.7 2.4 0.7 1.5 2.3 2.8 12.9
1991-92 30 NJN 71 61 30.7 .445 .320 .757 8.1 2.6 0.6 1.7 2.1 3.0 15.0
1992-93 31 NJN 79 65 26.5 .450 .333 .779 7.0 1.6 0.4 1.6 1.5 2.9 9.1
Provided by Basketball-Reference.com: View Original Table
Generated 2/23/2018.

Włączył nawet do swojego repertuaru rzut za trzy (choć korzystał z niego bardzo sporadycznie – w ciągu całej kariery próbował swoich sił z dystansu 106 razy, trafiając 32-krotnie), co w tamtych czasach było bardzo dużą ekstrawagancją. Oto przykładowy występ Sama w koszulce Nets:

Uwieczniony na karcie (która, tak bajdełej ma literówkę w nazwisku Sama) epizod w Los Angeles był efektem transferu za inny podkoszowy niewypał – Benoita Benjamina. Niestety problemy zdrowotne powróciły i w sezonie 93/94 Sam opuścił 57 meczów. W następnym było lepiej (67 spotkań), ale Bowie’emu nie chciało już się męczyć i zakończył karierę 11 lat po wyborze w drafcie, oddając się w pełni swojej drugiej pasji – hodowli koni wyścigowych. Oby jego podopieczni mieli bardziej wytrzymałe nogi niż on.

Reklamy
Otagowane

Stojko Vranković

Stojko Vrankovic

Fun Fact: Mój ulubiony stereotyp związany z NBA?

Jeśli gracz jest z Europy, to na pewno pali papierosy.

Co prawda w ostatnich latach plotek na ten temat powstaje znacznie mniej, ale weźcie nazwisko dowolnego koszykarza ze Starego Kontynentu, który grał w NBA przed 2010 rokiem i wygooglajcie je razem ze słowem „cigarettes” (poza Andrisem Biedrinsem, nie googlajcie Andrisa Biedrinsa), a jest spora szansa, że coś znajdziecie.

Vranković – jeden z europejskich pionierów w NBA – także jest bohaterem pokaźnej ilości legend na temat popalania i to o szerokim spektrum. W jednym miejscu przeczytacie, że Chorwat w ogóle nie palił, w innym, że popalał, w jeszcze innym, że potrafił wypalić całą paczkę przed samym meczem, a nawet, że te papierosy były bez filtra. Jak się człowiek zastanowi, to te wszystkie historyjki są w równym stopniu zabawne, co nieco ksenofobiczne.

Taki Stojko nie pomagał sobie jednak tym, że wyraźnie odstawał od kolegów z Boston Celtics – dla których grał w latach 1990-1992 – pod względem kondycji. Był jednak już 27-letnim, zmanierowanym zawodnikiem, który nie miał czasu wdrożyć się w znacznie bardziej wymagające, jeśli chodzi o wytrzymałość, realia NBA, a Chris Ford w ogóle w niego nie wierzył i przyklejał do ławy (przez dwa sezony w Bostonie rozegrał tylko 50 meczów, grając w nich średnio po 5 minut). Trudno więc było mu dogonić stawkę bez zadyszki. No ale śmieszniej było napisać, że na pewno jara szlugi. Ach ci zwariowani Europejczycy z tych ich lepianek pośrodku niczego.

Choć Stojko pewnie popalał.

Tak jak i Vlade Divać. I Żarko Paspalj (ci dwaj akurat się przyznali).

I Dino Radja.

I Darko Milicić.

I Larry Bird.

I Kevin McHale.

I Charles Barkley.

Żeby było zabawniej, Bob Cousy twierdzi, że nigdy nie palił papierosów.

Ale rzućmy już temat palenia.

Stojko.

Wielkolud z drygiem do blokowania rzutów (6 bloków na mecz PER36 w czasie gry dla Celtics), autor pierwszego triple-double w historii Eurobasketu i jeden z najbardziej utytułowanych zawodników w historii międzynarodowej koszykówki. W latach 1990-1992 nie pograł zbyt wiele – wystąpił tylko w 50 meczach, średnio spędzając w nich na parkiecie po 5 minut…

Cztery lata później wrócił do NBA i jako członek Timberwolves i Clippers wybiegał na parkiet 120 razy, w tym 73-krotnie od pierwszej minuty. To była bardzo skromna rehabilitacja (średnio Chorwat zgarniał po 3 punkty i 3 zbiórki, dorzucając po firmowym bloku na mecz), ale pewnie pomogła Vrankoviciowi zakończyć niedługo potem karierę z w miarę czystym sumieniem.

Bonusowy Fun Fact:

Zoidberg: You should feel bad

Otagowane

Andrew Lang & Mark West

Andrew Lang

Mark West

Fun Fact: Wiemy już kto był lepszy – Dale Davis czy Antonio Davis – czas więc na jeszcze trudniejsze pytanie: kto był bardziej nudnym koszykarzem: Andrew Lang czy Mark West?

Pospolici jak imiona Andrzej i Marek, Lang i West definiowali w latach 90 przeciętność. Oto obydwaj panowie wykonujący przeciętne wsady (no dobra, młodszy Lang coś tam ubarwiał, ale sprawdźcie polot Westa):

W najbardziej ekscytujących momentach związanych z ich karierami, obydwaj panowie odegrali jednak rolę tego nad którym się dunkuje…

Lang i West byli centrami na granicy pierwszej piątki i ławki, których specjalnością było blokowanie rzutów i przepychanie się pod koszem. Mieli długie i solidne kariery pozbawione jednak błysku, stąd takie, a nie inne moje skojarzenie. Gdyby zebrać do kupy wszystkich podkoszowców w historii NBA i wyciągnąć z nich średnią arytmetyczną, wynikiem byliby zapewne Andrew i Mark.

Per Game Table
Player From To G GS MP TRB AST STL BLK TOV PF PTS
Andrew Lang 1989 2000 737 380 20.8 4.8 0.6 0.5 1.5 0.9 2.8 6.0
Mark West 1984 2000 1090 548 18.5 4.9 0.4 0.3 1.3 1.1 2.9 5.7
Provided by Basketball-Reference.com: View Original Table
Generated 2/20/2018.

Lang był bardziej żwawy, za to West wyróżniał się długowiecznością. Lang był mniej efektywny z pola, za to West znacznie gorszy na linii rzutów wolnych. Obydwaj zaliczyli po siedem drużyn NBA, w latach 1988-1992 będąc kolegami klubowymi w Phoenix. Andrew uważa Marka za najlepszego kolegę z zespołu jakiego miał i przyznaje, że bardzo dużo nauczył się od starszego kolegi. Podobieństwo osób nie jest więc przypadkowe.

Otagowane ,

Tracy Murray

Tracy Murray

Fun Fact: Tracy – który jest kuzynem Lamonda Murraya i Allana Houstona (oraz bratem Camerona Murraya, gwiazdy na szczeblu szkół średnich, który po studiach nie znalazł zatrudnienia w NBA i zaciągnął się do Harlem Globetrotters) – dołączył do ekspansywnych Toronto Raptors bo nikt inny nie chciał zaoferować mu kontraktu latem 1995. Jako Dinozaur dostał i wykorzystał swoją pierwszą szansę na regularne występy. Znany wcześniej jako lider klasyfikacji najlepszych strzelców z dystansu za sezon 93/94 (45.9% jako drugoroczniak w koszulce Blazers) i uczestnik wymiany, na mocy której Clyde Drexler przeszedł do Houston (Murray został jednak odsunięty od kadry playoffowej), grając po 30 minut w meczu dla Raptors (choć mimo wszystko częściej zaczynał na ławce niż w podstawowym składzie) notował rekordowe w karierze 16.2 PPG, 4.3 RPG, 1.6 APG i 1.1 SPG (przy 42.2% za trzy). Highlightami tamtego sezonu było 40 punktów rzuconych Nuggets oraz pamiętne zwycięstwo nad Chicago Bulls, dla których była to jedna z zaledwie 10 porażek w rozgrywkach…

Przełom w Toronto sprawił, że Bullets zaoferowali Murrayowi 7-letni kontrakt wart 17 milionów dolarów. To właśnie w stolicy, Tracy zaliczył najlepszy indywidualny występ, gdy – już w koszulce Wizards, a nie Bullets, w lutym 1998 – dołączył do klubu 50 punktów. Sam tak wspominał tamten występ:

Murray przesadził trochę opisując dokonania Roda Stricklanda tamtego dnia, ale niewiele. Prowadząc do boju mocno przetrzebionych przez kontuzje Czarodziejów, Rod miał 21 punktów, 20 asyst i 12 zbiórek.

Ciekawostka statystyczna: od tamtego lutowego wieczoru nieco ponad 20 lat temu, triple-double z 20 punktami i 20 asystami miało miejsce już tylko jeden raz: w grudniu 2016 udało się to Russellowi Westbrookowi. Z kolei w ostatnich 30 latach takim osiągnięciem pochwalić może się jeszcze tylko Magic Johnson.

Nic więc dziwnego, że Tracy nazywał Stricklanda najlepszym rozgrywającym z jakim kiedykolwiek grał, choć panowie nie zawsze się dogadywali – tak jak wtedy, gdy Murray powiedział pewnej dziennikarce, z którą obydwaj romansowali, że Rod jest gejem.

Otagowane

Loren Meyer

Loren Meyer

Fun Fact: Tak na pierwszy rzut oka, Loren Meyer niezbyt nadaje się na bohatera ciekawego wpisu na koszykarskim blogu. Ot, przypadek jakich wiele. Kumaty podkoszowiec z NCAA trafia do NBA, gdzie okazuje się, że tego co robi dobrze (w tym wypadku: podkoszowa harówka i rzut z półdystansu), nie robi na tyle dobrze, żeby nie dało się go łatwo zastąpić. Po czterech sezonach w lidze – jednym w całości straconym przez kontuzję, a ostatnim składającym się z ledwie 14 meczów – 24 pick Draftu 1995 zakończył przygodę z NBA jako 26-latek (potem grał jeszcze krótko w lidze brytyjskiej). Nie zapadł nikomu w pamięć, ale też się nie zbłaźnił. Na 140 meczów w jego karierze, wychodził w pierwszej piątce częściej niż w co trzecim spotkaniu, notując PER36 średnie ok. 11 punktów i 9 zbiórek.

W jego przypadku o wiele ciekawsze są jednak fun facty pozaboiskowe:

#1 – W czasie trzeciego roku studiów miał poważny wypadek – auto, w którym był pasażerem, wjechało… pod pociąg. Stracił większość tamtego sezonu, ale: a) przeżył; b) szybko wrócił do zdrowia i był gotowy na ostatni sezon w NCAA. Kilka miesięcy wcześniej, także w wypadku samochodowym, zginął inny zawodnik Iowa State, Chris Street (to na jego cześć Meyer grał z numerem 40).

#2 – Loren dorastał w liczącej 700 mieszkańców mieścinie o nazwie Ruthven i tam też uczęszczał do szkoły średniej. Nie udało mi się na szybko sprawdzić jakie jest najmniejsza miejscowość, jaka dała nam gracza NBA, ale obstawiam, że Ruthven jest w ścisłej czołówce.

#3 – Według Basketball Reference, w rodzinnym stanie Meyera, Iowa, urodziło się 22 zawodników NBA i trudno o bardziej stereotypowy zestaw reprezentantów regionu, o którym żartuje się, że składa się głównie z rednecków i pól kukurydzy. Aż 16 gości w tym gronie to bardzo biali ludzie, w tym takie okazy jak: Ryan Bowen, Matt Bullard, Nick Collison, Matt Fish, Bobby Hansen, Kirk Hinrich, Jon Koncak czy, the one and only, Brett Szabo.

#4 – Loren Meyer to jeden z zapewne niewielu (niestety(?) nikt nie zbiera takich danych) pierwszorundowych picków, który w momencie wyboru w drafcie do NBA był topless. Oglądanie naboru w telewizji wspomina w rozmowie z KTIV.com następująco:

Wściekłem się [że nikt mnie jeszcze nie wybrał], więc rozebrałem się z koszulki i poszedłem na podjazd, gdzie zawsze grałem w kosza moim tatą i wujkami. Zaczęliśmy grać 3-na-3 i nagle z domu wybiega siostra, rzuca się na mnie i mówi, że zostałem wybrany, ale nie wie gdzie.

Impreza podraftowa – zorganizowana, a jakże, w remizie – to podobno do dziś jedna z najgrubszych bib w historii Ruthven.

Tyle ciekawostek, od których bardziej intrygujący i tak będzie zapewne fakt, że istnieje wykres przedstawiający rozkład rzutów Lorena z całej jego kariery w NBA…

Otagowane ,

Rony Seikaly

Rony Seikaly

Fun Fact: Rony Seikaly – czyli członek klubu „znanych graczy, którzy w latach 90 grali dla Golden State i zupełnie niczego nie osiągali (bo byli za starzy, za młodzi albo wpadali tylko przelotem)” – jest bohaterem jednej z dziwniejszych historii z rodzaju „co by było gdyby?”.

Podczas trade deadline w 1998 roku, gdy był w trakcie swojego drugiego sezonu w Orlando, Magic dogadali się z Jazz w sprawie wymiany, ekspediującej Libańczyka do Salt Lake City, w zamian za Chrisa Morrisa, Grega Fostera i pick w drafcie. Jazzmani zmierzali wówczas do drugiego kolejnego występu w finałach NBA i notujący w tamtym momencie średnie na poziomie 15 punktów i 7 zbiórek center, byłby zdecydowanym wzmocnieniem podkoszowej rotacji składającej się właśnie z Fostera, Grega Ostertaga, Adama Keefe’a i Antoine’a Carra (którzy w Playoffs 1998 rzucali ŁĄCZNIE 14 punktów na mecz). Dałby Jerry’emu Sloanowi bardzo przydatną opcję ofensywną, która nie musiałaby odmienić losów finałowego pojedynku z Bulls, ale na pewno by pomogła.

Tyle, że Seikaly nie stawił się w Utah i klub anulował transfer po upływie 48 godzin, w ciągu których – według regulaminu – zawodnicy muszą zameldować się w nowym miejscu pracy.

Center, który w tej sytuacji został oddany do Nets, zarzekał się, że bardzo chciał grać o mistrzostwo z Johnem Stocktonem i Karlem Malone’em (Rony w całej karierze zagrał w playoffs 14 razy, Jazz w samych playoffach 1998 – 20). Według niego, wymiana nie doszła do skutku z winy Jazzmanów, po tym, jak wyszła na jaw kontuzja stopy Libańczyka, która miała zmusić go do pauzowania przez kilka tygodni.

Zespół z Salt Lake City przedstawiał zupełnie inną wersję wydarzeń, w której gracz i jego agent w pewnym momencie zerwali kontakt i mimo upływu dwóch dni, nie wyjaśnili nieobecności nowego pracownika.

Nie tylko jednak Jazzmani nie wiedzieli o co chodzi koszykarzowi – także działacze Magic nie kryli swojej frustracji postawą Seikaly’ego, rozważając ukaranie go poprzez wypowiedzenie umowy, gdyby nie udało się dopiąć żadnego dealu z jego udziałem.

W wersję o niezdecydowaniu włodarzy Utah Jazz trudno uwierzyć m.in. dlatego, że center Magic już wcześniej blokował transfery.

Zanim dogadali się z Jazz, Magicy mieli niemal gotową trójstronną wymianę z Sixers i Warriors, ale Seikaly powiedział, że nie chce grać w Filadelfii. Gdy w ramach planu B, Orlando rozpoczęło rozmowy z Raptors, Rony znów podniósł larum, że nie planuje przeprowadzać się do Kanady. Nic dziwnego, że zbuntował się też na myśl o zamianie plaż Florydy na śnieżne połacie Utah (co sugerował chociażby jego ówczesny kolega z Magic, Nick Anderson).

Dodatkowo pojawia się wątek restrukturyzacji umowy środkowego, która przestawała być gwarantowana po kolejnym sezonie, co gracz chciał zmienić, a klub – przemyśleć. Jeśli Seikaly uznał, że nie postawi na swoim, to mógł albo się obrazić, albo próbować wywrzeć nacisk poprzez ciche (dwa) dni. W każdym razie gadka o wycofaniu się z transferu ze względu na kontuzje brzmi niezbyt logicznie, bo przecież Rony nie stawił się nawet w Salt Lake City na badania lekarskie. Jeśli jego uraz faktycznie zaniepokoiłby drużynę, mogli spokojnie anulować deal na tej właśnie, medycznej podstawie.

Wiarę w słowa Seikaly’ego i jego wielką chęć gry o mistrzostwo utrudnia także anegdotka Johna Salleya – kumpla Libańczyka z czasów gry dla Heat:

Pewnego dnia [Seikaly] mówi do mnie: „Hej, stary, jak to jest z tym graniem aż do czerwca?”

Jak pamiętacie, przez sześć sezonów grałem w Pistons i występowałem co roku w playoffach. Pytam więc: „Ale o co ci chodzi?”

„No wiesz, playoffy, trzecia runda, gra się aż do 28 czerwca” – kontynuuje.

„Eee, no tak to już jest, gdy wygrywasz mistrzostwo” – mówię.

A on na to: „Ale przecież płacą ci tylko za grę od listopada do kwietnia! To zabiera zbyt dużą część lata. To niedorzeczne”.

Tłumaczę więc: „No cóż, w grze o tytuł nie liczą się pieniądze, tylko duma”.

On zaś odpowiada: „Chyba musi tak być, bo to przecież straszne gówno, że musicie grać dwa miesiące dłużej”.

Oczywiście Rony Seikaly zaprzecza, że coś takiego powiedział.

Nie zaprzecza z kolei Derek Harper, że gdy rok wcześniej był w takiej samej sytuacji co Seikaly – jego Mavericks chcieli oddać go Jazz – miał gdzieś szansę gry o mistrzostwo jako zmiennik Johna Stocktona. Dziennikarzom ESPN powiedział wówczas:

Tak, była mowa o transferze do Utah, ale sami sobie idźcie do Utah. Nie mam nic do stanu, ani drużyny, ale po prostu nie chcę tam mieszkać.

Może więc nie powinno się w Seikaly’ego rzucać kamieniami zanim ktoś nie zapyta, czy wolimy mieszkać w Miami czy Salt Lake City?

Zresztą Jazz nie mają czego żałować, bo po tym, jak odrzucił szansę gry dla nich (albo oni odrzucili jego – chyba już nigdy się nie dowiemy), Rony rozegrał tylko 18 meczów NBA – 9 do końca sezonu 97/98 i 9 w polokautowych rozgrywkach 98/99 – i zakończył karierę z powodu… a jakże, kontuzji stopy, która zaczęła mu doskwierać przed trade deadline 1998.

Czyli wersja z Jazz orientującymi się nagle, że oddali dwóch kluczowych zadaniowców za gościa z jedną nogą, wcale nie jest mniej sensowna niż niechęć Seikaly’ego do dwóch miesięcy pracy za darmo.

Otagowane

Walt Williams

Walt Williams

Fun Fact: Obejrzałem sobie ostatnio mecz pomiędzy Sacramento Kings i Miami Heat z 5 lutego 1996 roku, głównie dlatego, że chciałem popatrzeć na Walta Williamsa w akcji.

W pakiecie dostałem też Billy’ego Owensa, który interesuje mnie z tych samych powodów co The Wizard – obydwaj panowie przychodzili do ligi jako wszechstronni skrzydłowi ze smykałką do rozgrywania. To Owens był uważany za większy talent i – ostatecznie – większe rozczarowanie, ale tak on, jak i Walt bardzo blado wypadali na tle niegdysiejszych porównań do Magica Johnsona.

Co ciekawe, nieco ponad dwa tygodnie po tym meczu, Kings i Heat wymienili się swoimi niespełnionymi nadziejami. Walt Williams powędrował na Florydę razem z Tyrone’em Corbinem (został tam tylko do końca sezonu), zaś oprócz Billy’ego Owensa zmuszony do spakowania się został Kevin Gamble. To było w ogóle rewolucyjne zamknięcie okienka transferowego dla Heat, którzy domknęli jeszcze dwie wymiany – pozyskali Tima Hardawaya i Chrisa Gatlinga z Warriors za Bimbo Colesa i Kevina Willisa, a Terrence’a Renchera zamienili z Suns na Tony’ego Smitha. Wszystko po to, żeby mieć latem kasę na Gary’ego Paytona, Reggie’ego Millera i Juwana Howarda (choć, jak wiemy, plany od A do C nie wypaliły i Heat musieli się zadowolić nową umową dla Tima Hardawaya, Danem Majerle i P.J. Brownem).

Do Walta Williamsa mam też sentyment zbudowany na jego udziale w moim ulubionym, choć dość niszowym przerywniku z lat 90., w którym – już w jednej z kilku pierwszych migawek – prezentuje efektowny wymach nogami po wsadzie.

Ten spot jest jak zapis imprezy, na której moje dwie szczenięce miłości z tamtych lat – NBA i euro dance – spotkały się i nawciągały kokainy. LOWE.

Otagowane

David Robinson

David Robinson

Fun Fact: 2 lutego to Dzień Świstaka czyli humorystyczne amerykańskie święto zwiastujące rychłe nadejście wiosny, ale mnie ono jednak bardziej kojarzy się z przeżywaniem w kółko tego samego dnia, jak w filmie Harolda Ramisa, którego tłem była uroczystość w kolebce świstaczego zwyczaju – mieście Punxsutawney. Główny bohater, grany przez Billa Murraya, skazany jest na ciągłe powtarzanie niezbyt udanych 24 godzin swojego życia, dopóki nie uda mu się naprawić swoich błędów i stać się lepszym człowiekiem (i poderwać Andie MacDowell).

Jeśli potraktować tę pętlę nie jako piekło, a szansę na wprowadzenie znaczących poprawek do swojego życia, to pewnie znaleźlibyśmy kilku koszykarzy NBA z lat 90. chętnych na powtórkę.

Chris Webber z pewnością chciałby cofnąć czas – czas wzięty w czasie finału NCAA.

Nick Anderson swoim Dniem Świstaka wybrałby dzień pierwszego meczu Finałów 1995 (ciekawe powtórek zajęłoby mu trafienie choć jednego z czterech rzutów wolnych).

Karl Malone także mógłby poćwiczyć osobiste w finałowych pierwszych meczach, tyle że w 1997 roku. Albo cięte riposty, gdy ktoś ci mówi „Listonosz nie pracuje w niedzielę” (możliwe opcje: „A Twój ryj nie pracuje cały tydzień”, „Przynajmniej nie biorę urlopów na żądanie w okresie największego obłożenia i nie zastępuje mnie Toni Kukoc” lub „Spier***”).

Charles Smith ustawiłby sobie na „repeat” 2 czerwca 1993 i może w końcu włożyłby z góry tę @#$% piłkę.

Alton Lister mógłby zaś 30 kwietnia 1992, przed meczem z Sonics, zakończyć karierę.

David Robinson nie jest gościem, który powinien czegokolwiek żałować w swojej karierze – w końcu dała mu nie tylko liczne indywidualne osiągnięcia, ale i – ostatecznie – dwa mistrzostwa. Gdyby jednak miał większe ego, na pewno przeszkadzałoby mu, że już zawsze będziemy mówić, iż nic by nie osiągnął, gdyby nie Tim Duncan.

Momentem, w którym cały świat zobaczył rysę na posągowej postaci Robinsona, były finały Konferencji Zachodniej w 1995 roku, w których Spurs mierzyli się z Rockets , a Admirał – odbierający nagrodę MVP przed pierwszym starciem serii – stawał naprzeciwko Hakeema Olajuwona, najbardziej wartościowego zawodnika sprzed roku. Ostrogi były najlepszym zespołem sezonu regularnego, podczas gdy Rakiety przystępowały do obrony tytuł dopiero z szóstego miejsca na Zachodzie. To jednak Houstończycy wygrali dwa pierwsze i dwa ostatnie mecze serii, oddając tylko dwa środkowe spotkania we własnej hali, a motywem przewodnim była bezwzględna dominacja Olajuwona (średnie 35.3 PPG, 12.5 RPG, 5.0 APG, 4.2 BPG) nad Robinsonem. A symbolem tej dominacji była ta oto akcja, z drugiego meczu…

I tak sobie myślę, że Robinson doceniłby szansę na wymazanie ze wszystkich highlightów tego właśnie momentu, który dla wielu kibiców jest pierwszym skojarzeniem z jego osobą.

Oczywiście powtórka tego dnia raczej nie odmieniłaby losów serii. Do tego Admirał potrzebowałby roli nie w „Dniu Świstaka” a w „Terminatorze”, w której to łaziłby na początku lat 60. po Lagosie i pytał kobiety „Are you Abike Olajuwon?”

A wracając do miasteczka Punxsutawney w stanie Pensylwania, miejsca obchodów najsłynniejszego Dnia Świstaka spopularyzowanego przez wspomnianą komedię Ramisa, to warto dodać, że ma ono dość duży wkład w historię NBA. To właśnie w nim urodził się legendarny trener Chuck Daly (który zresztą trenował Robinsona na IO w Barcelonie).

 

Otagowane

Anfernee Hardaway

Anfernee Hardaway

Fun Fact: Z okazji kolejnej na blogu rysunkowej karty, postanowiłem powalczyć o piątkę złożoną z graczy z lat 90. mających ksywy związane z pieniędzmi (korzystam z bazy ksyw na Basketball-Reference):

PG – Greg „G-Money” Anthony

SG – Anfernee „Penny” Hardaway

SF – Glen „G-Money” Rice

PF – Grant „G-Money” Hill ¯\_(ツ)_/¯

C – Bill „Dollar Bill” Cartwright

6th Man – Benoit Benjamin (ksywę ma niby Big Ben, ale „Benjamin” to w amerykańskim slangu określenie banknotu studolarowego)

No dobra, przyznaję, trochę czerstwa ta piątka.

Ale nie bardziej czerstwa niż żarty polegające na ściąganiu koledze spodni.

 

Otagowane ,

Orlando Woolridge

Orlando Woolridge

Fun Fact: Będąc pod wrażeniem transferu Blake’a Griffina do Detroit Pistons, bohaterem kolejnego wpisu czynię innego skrzydłowego, sprowadzonego niegdyś w wymianie do Motor City.

W zasadzie, to Orlando Woolridge jest jednym z najlepszych zawodników jakich Tłoki pozyskały w ramach trade’u w latach 90.  Mówię oczywiście o talencie i pozycji w hierarchii ligi w momencie transferu (dopiero co rzucał po 25 punktów w meczu jak gracz Nuggets), a nie tego, czy ta wymiana wypaliła.

Bo nie wypaliła.

Pozyskany w sierpniu 1991 roku, Orlando miał ożywić ofensywę podupadających Pistons, ale skończyło się na kolejnym rozdziale „Klątwy Woolridge’a”: każda z 7 drużyn, która sprowadzała go do siebie notowała w danym sezonie bilans gorszy niż w poprzednim. Tych, którzy wierzyli, że numer zero odmieni Tłoki powinien zastanowić fakt, że aby namówić Denver na wymianę wystarczył rzucający po 1.8 punktu w meczu Scott Hastings i wybór w drugiej rundzie draftu. Przez 1.5 sezonu w stanie Michigan, Orlando rzucał w okolicy 14 punktów w każdym meczu, a przed trade deadline 1993 został wymieniony za inny wielki talent u schyłku kariery – czterokrotnego All-Stara (po raz ostatni wystąpił w ASG w 1991 roku), świetnego defensora z quadruple-double na koncie, Alvina Robertsona. Obrońca dokończył sezon w Detroit ale jeszcze przed startem kolejnego wyekspediowano go do Denver za Marcusa Liberty’ego i Mark Macona (Robertson stracił rozgrywki 93/94 i 94/95 z powodu kontuzji więc ostatecznie dla klubu z Kolorado nie zagrał).

Inni znaczący zawodnicy, jacy trafiali do Motor City poprzez trade w latach 90 (chronologicznie):

Sean Elliott (ze Spurs, razem z Davidem Woodem i pierwszorundowym pickiem, za Dennisa Rodmana, Isaiah Morrisa, pick pierwszorundowy i pick drugorundowy; październik 1993) – Sean Elliott był świeżo upieczonym All-Starem, ale znacznie obniżył loty w Detroit i po roku został zwrócony Ostrogom. Drodzy Pistons, odrobina kadrowej konsekwencji by was nie zabiła…

Otis Thorpe (z Blazers, za Billa Curleya i Randolpha Childressa; wrzesień 1995) – Pistons wyjęli niezadowolonego Thorpe’a praktycznie za darmo, a on za ratunek od dalszej gry w Oregonie odwdzięczył się dwoma sezonami na poziomie jego średniej z kariery (14/8). Niewiele brakowało, a odwdzięczyłby się także najlepszym dealem w historii klubu z Detroit, ale Tłoki pozyskany za niego w 1997 pick Grizzlies – przepraszam za określenie, ale uważam, że jest ono wyjątkowo na miejscu – przepierdolili w 2003 roku na Darko Milicicia.

Stacey Augmon i Grant Long (z Hawks, za dwa picki pierwszorudnowe i dwa picki drugorundowe; lipiec 1996) – Augmon i Long byli od lat graczami pierwszopiątkowymi, ale w Detroit (podobnie jak Elliott, Robertson i Woolridge) zaliczyli spadek formy (skalę obrazuje zestawienie średnich punktowych – w ostatnim sezonie w Atlancie obydwaj notowali po 13 punktów na mecz, a w Motor City – po 5). Augmon jeszcze w trakcie rozgrywek 96/97 został oddany do Blazers, a z Longiem po dwóch latach nie przedłużono kontraktu (wrócił do Hawks). Na szczęście za ten duet Tłoki nie oddały w zasadzie nic, bo Jastrzębie zmarnowały wszystkie cztery otrzymane picki (wykorzystano je na Alaina Digbeau, Cala Bowdlera, Diona Glovera i Lariego Ketnera… no dobra – Glover coś tam sensownego grał, ale reszta na niewiele się zdała).

Jerry Stackhouse (z 76ers, z Erikiem Montrossem i drugorundowym pickiem, za Theo Ratliffa, Aarona McKie i pick pierwszorundowy; grudzień 1997) – Stack oczywiście nigdy nie zrealizował w pełni swojego gwiazdorskiego potencjału, ale Pistons dobrze zrobili dając mu szansę. No i jakby nie patrzeć rzucał te prawie 30 punktów w meczu w sezonie 00/01.

Christian Laettner (z Hawks, za Scota Pollarda i pick pierwszorundowy; styczeń 1999) – dwa lata wcześniej o tej samej porze Laettner grał w Meczu Gwiazd, ale w międzyczasie spuścił z tonu, a w lokautowym sezonie pojawił się w koszulce Pistons tylko 16 razy (do tego z najgorszymi w karierze średnimi 7 punktów i 3 zbiórek). Odkuł się trochę rok później (12/6), ale Tłoki oczywiście szybko zmieniły zdanie, wysyłając Krzyśka do Dallas półtora roku po ściągnięciu go z Atlanty.

Jak widzicie, generalni menadżerowie Pistons raczej nie wspominają lat dziewięćdziesiątych jakoś bardzo miło, bo nawet jeśli ściągali jakieś znane nazwisko to zazwyczaj na krótko i z rozczarowującym skutkiem, ale warto wspomnieć, że tak ogólnie to Tłoki umieją w transfery. Obydwie mistrzowskie ery są przecież zbudowane na trafionych wymianach (Bill Laimbeer, Mark Aguirre, Vinnie Johnson w latach 80, Ben Wallace, Rip Hamilton, Rasheed Wallace w XXI wieku).

Otagowane
Reklamy