Charles Shackleford

Charles Shackleford

Fun Fact: Shackleford – rezerwowy w moim zespole koszykarzy o nazwiskach kojarzących się z filmowymi policjantami z kina akcji lat 80. – znany był z dwóch rzeczy: ze zbierania piłki i wpadania w kłopoty.

Z tym zbieraniem w NBA było jednak różnie.

Jako drugoroczniak w New Jersey Nets upolował kiedyś 26 piłek w jednym meczu (dodając 23 punkty), ale słabiutki team i tak nie był zainteresowany zatrzymaniem go w składzie po najlepszym – jak się miało okazać – sezonie w karierze Shacka (8.2 PPG, 6.8 RPG).

Charles wyjechał wówczas od Włoch, gdzie zdominował deski Serie A, przewodząc lidze ze średnią 16 zbiórek na mecz i prowadząc zespół Phonola Caserta do pierwszego w historii tytułu mistrzowskiego (różne źródła różnie określają jego wkład ofensywny – raz rzucał niecałe 20 punktów na mecz, raz ponad 30). W europejski hype uwierzyli zdesperowani włodarze 76ers, którzy nie mieli już konwencjonalnych pomysłów na wzmocnienie składu i zadowolenie Charlesa Barkleya.

Niestety po powrocie do kraju Shackleford zawiódł nie tylko wygórowane oczekiwania Chuckstera (Shack i Armon „Armen” Gilliam byli ulubionymi tematami narzekań Sir Charlesa przez cały sezon 91/92, po którym litościwie – dla wszystkich stron – został on wysłany do Phoenix). W odpowiednim kontekście jego 6/6 mogło uchodzić za solidne, ale 25-latek miał być podstawowym graczem, ostatnim kawałkiem układanki i upragnioną przez lata odpowiedzią na pozycji centra.

W zorganizowanej w lutym 1992 przez Sports Illustrated sondzie, trenerzy i generalni menadżerowie uznali go za drugiego najbardziej rozczarowującego nie-debiutanta w NBA (po Kevinie Duckworthcie). Zdemoralizowani Sixers nie awansowali do playoffs.

Znacznie lepiej szło Shackowi spełnianie oczekiwań dotyczących pozaboiskowych wpadek.

Zaczęło się jeszcze w college’u, gdzie oskarżono go o ustawianie meczów (nic mu nie udowodniono, ale przyznał się, że otrzymywał na lewo pieniądze).

Do historii przeszedł w czasie jednego z wywiadów, w którym chwaląc się swoją wszechstronnością powiedział:

„Lewa ręka, prawa ręka – to nieważne – jestem ziemnowodny”

„Left hand, right hand, it doesn’t matter. I’m amphibious” – brzmiała wypowiedź Shackleforda w oryginale, w którym słowo „oburęczny” to „ambidexterous”.

Już w NBA przyłapano go z marihuaną, w Europie – do której wrócił w 1993 roku, po zwolnieniu przez Philly, a także w 1995 roku, po półrocznym epizodzie w Minneapolis – kwestionowano jego sposób prowadzenia się. W 2006 roku – 7 lat po zakończeniu kariery zawodowej (ostatnim przystankiem były 32 mecze w koszulce Charlotte Hornets) – podczas rutynowej kontroli znaleziono w jego aucie marihuanę, kokainę i broń.

To właśnie za kółkiem wystąpił w mojej trzeciej ulubionej anegdocie na temat Shacka (druga to ziemnowodność, pierwszą opiszę za moment).

Bo, widzicie, Charles Shackleford skumał się w czasie gry w Philly z Jaysonem Williamsem. Można nawet znaleźć zdjęcia Shacka siedzącego na sali rozpraw nieopodal Williamsa, oskarżonego o nieumyślne zastrzelenie szofera. Zdecydowanie tak robią kumple.

Kumple pożyczają też sobie samochody, dlatego gdy 23 stycznia 2010 roku, w Myrtle Beach (Karolina Południowa), Charles wbił się w tylny błotnik jadącego przed nim Jeepa, kierował autem Jaysona Williamsa. I to właśnie za niego podał się, gdy na miejscu pojawiła się policja.

To było równo miesiąc przed tym, jak Jayson miał się dowiedzieć, że został skazany na pięć lat więzienia i tylko nieco ponad dwa tygodnie po tym, jak pijany Williams wjechał swoim Mercedesem w drzewo, za co parę miesięcy później dodano mu do wyroku jeden rok odsiadki (i 16 tysięcy kary za zniszczenie drzewa).

Podsumowując – Twój kumpel od lat przeżywa piekło, jest sądzony za zabójstwo i dopiero co został złapany po pijaku, a Ty pierwsze co robisz, gdy rozwalasz mu samochód, to udajesz, że jesteś nim, w teorii przyczyniając się do wydłużenia wyroku…

Co prawda Shack twierdzi, że wcale się nie przedstawiał i że funkcjonariusze w ogóle nie poprosili go o prawo jazdy (które zresztą miał zawieszone), spisując go na podstawie tablic rejestracyjnych, ale zarówno policjanci, jak i para jadąca Jeepem, słyszeli jak mówił, iż nazywa się Jayson Williams. Oczywiście to kłamstwo miało bardzo krótkie nogi – zwłaszcza, że bardzo dużo osób widziało Williamsa w czasie wypadku w Nowym Jorku – ale i tak w plebiscycie na Przyjaciela Roku 2010, Shackleford uplasował się dość nisko.

Pół roku później z kolei zajął ostatnie miejsce w konkursie na nie sprzedawanie lewych leków na receptę policjantowi pracującemu pod przykrywką.

Shack zmarł w 2017 roku, na serce. Wszyscy podkreślali, że to był równy chłopina, nieco nieśmiały z powodu zaburzeń mowy (jąkał się), który słabo radził sobie w wewnętrznymi problemami. Ogólnie miał bardzo łagodne usposobienie, ale lepiej było nie testować granic jego cierpliwości…

…i o tym właśnie jest moja ulubiona anegdota na temat Charlesa Shackleforda, którą cytuję za książką nikogo innego, jak Jaysona Williamsa, „Loose Balls: Easy Money, Hard Fouls, Cheap Laughs, and True Love in the NBA”:

Pewnego razu [podczas treningu Sixers – przyp. MMJK], (Shack) podał piłkę pod kosz do Armena Gilliama, ale Armen – jak zawsze – nie oddał jej. […] Shack coś powiedział, potem Armen coś powiedział, a Shack przeklął.

Bluzganie na Armena Gilliama to rzecz, której się po prostu nie robiło. Nie lubił tego. Brał to do siebie.

[…] Później, w szatni, Shack ze spuszczoną głową wiązał buty. Armen był jednak gotowy. Chciał się bić. Podszedł i powiedział: „Choć kolego, idziemy do kotłowni [i shit you not, do kotłowni – przyp. MMJK]. Zamkniemy za sobą drzwi i o własnych siłach wyjdzie tylko jeden z nas”.

Armen nie przeklinał i nie pił, ale potrafił przywalić ci cztery razy, zanim byś się zorientował, co się dzieje. Był twardzielem. Ale Charles Shackleford był z Karoliny Południowej, a to oznacza, że musiał mieć jakieś problemy.

Także chociaż nie miał ochoty walczyć, Shackleford nie miał wyboru. „Okej, nie ma problemu”, odpowiedział.

Armen poszedł do kotłowni, a parę minut później Shack poszedł za nim, niosąc ze sobą wielki, stary worek marynarski.

[…] Po minucie Armen Gilliam wyskoczył z kotłowni, prawie wyrywając drzwi z zawiasów i krzycząc, „on jest szalony, szalony!” W życiu nie widziałem, żeby Hammer biegł tak szybko.

Charles Shackleford wyszedł za nim z wielką maczetą, ogromnym nożem z otworami, takim, jakim ścinano trzcinę w Karolinie Południowej i którego on sam używał pracując na polu z ojcem. Miał ze 60 centymetrów długości. […] Shack spojrzał na nas i powiedział: „Te-te-te-te-ten chłopak, m-m-m-musi uważać z kim zadziera”.

[…] Armen już nigdy więcej go nie zaczepił.

Reklamy
Otagowane

Ervin Johnson

Ervin Johnson

Fun Fact: Jak na kogoś, kto zaczął grać w zorganizowanego kosza dopiero w wieku 22 lat, kariera Not Magica była wręcz błyskotliwa. Johnson po liceum – w którym nie uprawiał sportu, bo najzwyczajniej w świecie nie miał ochoty – przez 3 lata pracował jako kasjer w supermarkecie w Baton Rouge. Jeden z klientów zasugerował mu pewnego dnia, trochę dla żartu, żeby zgłosił się do trenera reprezentacji University Of New Orleans, Tima Floyda. Johnson postanowił spróbować (NBA > supermarket), a początkowo sceptyczny, ale mający problem z obsadą pozycji podkoszowych Floyd dał mu szansę.

Choć Ervin zaczynał grę w NCAA w wieku, w którym inni akademiccy koszykarze kończą pełną, czteroletnią karierę na tym szczeblu rozgrywek, gdy przystępował – jako 25-latek – do Draftu 1993, był najlepszym zbierającym i zdobywcą drugiej największej liczby punktów w historii UNO. Zawodowcem został późno, ale równie późno z zawodowstwem skończył, utrzymując się w NBA aż przez 13 sezonów, będąc zawsze solidnym źródłem zbiórek, bloków i dowcipów o byciu Nie Magikiem oraz posiadaniu twarzy, którą pokochać mogła tylko matka (własna i Tyrone’a Hilla).

W ataku umiał niewiele, przez co nie mógł zaliczyć Finałów 1996 do udanych. Szukający ofensywnego wsparcia z pozycji numer pięć, George Karl grał nim kolejno 9, 8 i 3 minuty w pierwszych trzech spotkaniach pojedynku Sonics i Bulls (choć – tak jak przez większość sezonu – wystawiał go w pierwszej piątce), a w ostatnich trzech meczach nie wypuścił go ani na minutę.

Karl był na tyle niezadowolony, że Ponaddźwiękowcy zwolnili Ervina w lipcu 1996, a trzy dni później zaoferowali jego minuty – razem z niesławnym kontraktem, który miał wręcz zabić koszykówkę w Seattle – Jimowi McIlvaine’owi.

McIlvaine nie zdołał nawet przebić średnich poprzednika z poprzedniego sezonu (3/3 Maca, 5/5 Nie Magica), który rozkwitł w koszulce Denver Nuggets (7/11) i ugruntował swoją pozycję po przejściu do Milwaukee Bucks latem 1997 roku. Już rok później jego trenerem znów został Karl, ale tym razem Furious George wyżej cenił swojego centra, dając mu regularne 20+ minut na mecz, aż do samego wspólnego końca w stanie Wisconsin w 2003 roku.

Otagowane

Doug Smith

Doug Smith

Fun Fact: Doug Smith był na tyle cenionym graczem uniwersyteckim, że w dniu Draftu 1991 pewien dziennikarz z Denver nawoływał Nuggets do wybrania go z czwartym numerem zamiast Dikembe Mutombo (choć to wiek Mutombo – 25 lat – był tak naprawdę głównym powodem wątpliwości autora). „Wybierzcie go i patrzcie jak daje wam dekadę solidnej kariery na pozycji skrzydłowego” – pisał Mark Wolf w Rocky Mountain News, myląc się raczej grubo, bo choć Smith – wybrany ostatecznie przez Dallas z szóstym pickiem – zaczął karierę solidnie (9/5 przez pierwsze trzy sezony), to trwała ona tylko pół dekady.

Ale nie tylko Wolf uważał Smitha za świetny wybór. „To pewniak” – mówił o nim Stu Inman, dyrektor ds. personalnych Miami Heat, właścicieli piątego picku, którzy długo głowili się, na którego Smitha go wykorzystać (ostatecznie postawili na Steve’a, porównywanego do Magica Johnsona, mimo iż Doug spełniał ich wymogi kadrowe).

Talent Smitha był podobno niepodważalny, ale niestety, tradycyjne podejście do pozycji na boisku, które w latach 90. wciąż jeszcze obowiązywało, utrudniało mu odnalezienie roli w NBA. Ci, którzy pamiętają go w akcji uważają, że dziś mógłby być stretch-four lub small-ballowym centrem, wtedy Mavs kazali mu przybrać na wadze, co pozbawiło go głównego atutu – atletyczności.

Na otwarcie poniższej topki można zobaczyć jak Doug Smith kończy kontratak po podaniu Jasona Kidda

…i dużo więcej migawek z jego kariery się nie zachowało. Trzy miesiące po uwiecznionej powyżej akcji, Smith został wystawiony na odstrzał przez Mavs i wybrany w expansion drafcie przez Raptors, jednak kontrakt podpisał ostatecznie z Celtics i po 17 rozegranych w zieleni meczach sezonu 95/96 jego przygoda z NBA dobiegła końca.

Jego profesjonalna gra w koszykówkę zakończyła się jednak dopiero w 2002 roku, gdy jako zawodnik ligi ABA doznał kończącej karierę kontuzji pleców… schylając się, by położyć piłkę na parkiecie.

Otagowane

East NBA All-Star Team 1993

East 1993

Fun Fact: All-Star Game z 1993 roku to moja pierwsza w życiu zarwana noc, żeby obejrzeć na żywo koszykówkę. Kciuki trzymałem właśnie za Wschód, co w nieprzyzwoicie wczesnych poniedziałkowych godzinach 22 lutego 1993 roku zapewniło magiczną mieszankę uniesień (dogrywka!) i zawodu (wynik końcowy). Pewnie właśnie dlatego uwieczniony na zdjęciu team jest jedną z moich ulubionych drużyn lat 90.

Fun Fact 2: To był pierwszy w historii ligi Mecz Gwiazd, w którym nie zagrał ani jeden zawodnik Celtics lub Lakers.

Otagowane

Jerome Kersey

Jerome Kersey

Fun Fact: Jak wspomniałem wczoraj, naprawdę nie wiem jakim cudem do tej pory bez autonomicznej wzmianki ostała się jedna z najbardziej kultowych anegdot dotyczących patrona tego bloga, Jerome’a Kerseya, o tym, jak to w 1995 roku – w trakcie jego jedynego sezonu w Warriors – spuścił łupnia na treningu szukającemu zaczepki Latrellowi Sprewellowi, który chwilę później wrócił na rewanż uzbrojony w sztachetę.

Niniejszym więc to czynię.

W sztachetę.

(Tak naprawdę to w kantówkę, ale sztacheta brzmi bardziej awanturniczo)

(I tak naprawdę to – według Jerome’a Kerseya – kwestię kantówki rozdmuchała prasa)

(I w ogóle to nie wierzcie w tę część, w której Sprewell odgraża się na koniec, że pójdzie po spluwę – z angielskiego „piece” – bo podobno powiedział „peeps”, czyli najzwyczajniej w świecie straszył kolegami)

(Ale ja i tak w żadne dementi nie wierzę, bo Spree i w życiu, i na boisku był personifikacją świszczącej przed czyjąś twarzą sztachety, więc ta anegdota pasuje zbyt dobrze… No bo niby co zrobił? Zaprosił Kerseya na herbatkę?)

Otagowane

Latrell Sprewell

Latrell Sprewell

Fun Fact: Nie ma nic bardziej „fun”, jak randomowa plotka transferowa sprzed ponad 20 lat, a zatem…

Przed Draftem 1995, w którym Warriors mieli wybierać z jedynką, sporo spekulowało się o ewentualnych ruchach kadrowych zespołu z Oakland związanych z niezadowoleniem Latrella Sprewella z kierunku – a raczej jego braku – obranego przez drużynę.

Trudno się było kiełkującej dopiero frustracji rzucającego obrońcy dziwić – w sezonie 93/94, Dubs wygrali 50 meczów grając cały sezon bez Tima Hardawaya, po czym wytransferowali dwóch najlepszych kumpli Spree, Chrisa Webbera i Billy’ego Owensa, i mimo powrotu Tima, wygrali w kolejnych rozgrywkach tylko 26 razy.

Co prawda Sprewell nie miał jeszcze ochoty dusić trenerów i ganiać kolegów ze sztachetą – choć od tego drugiego dzieliło go raptem parę miesięcy (nie mogę uwierzyć – albo znaleźć w archiwum bloga – że jeszcze nigdy o tym incydencie nie pisałem – obiecuję się jak najszybciej poprawić, choćby jutro) – ale jego niechęć do Dona Nelsona i pupilka trenera, Hardaway, była powszechnie znana.

Plotkowano zatem.

Na przykład o tym, że Wojownicy mogą przed draftem wysłać go do Clippers za pick numer dwa i do Joe Smitha dobrać Jerry’ego Stackhouse’a.

Albo o tym – i do tego scenariusza zmierzam od początku posta – że negocjują transfer Latrella do Portland Trail Blazers (za Cliffa Robinsona i Otisa Thorpe’a).

I to, moi drodzy, jest zabawne w dwójnasób.

Po pierwsze dlatego, że idealnie wpisałby się w mającą niebawem nastać erę Jail Blazers.

Po drugie – bo trenerem Portland był w tamtym czasie… P.J. Carlesimo.

Otagowane

Michael Smith

Michael Smith

Fun Fact: Najwięcej złego dla kariery Michaela Smitha (nie, nie tego Michaela Smitha) zrobił Red Auerbach, który w 1989 roku uparł się (na przekór m.in. właścicielowi klubu), żeby trzynasty pick w drafcie – nagrodę za sezon stracony przez kontuzję Larry’ego Birda (zagrał tylko w 6 meczach, Celtics mieli bilans 42-40) – wykorzystać właśnie na niego, zamiast Tima Hardawaya (to właśnie jego chciał Alan Cohen, właściciel) lub Shawna Kempa. Na tym jednak nie poprzestał, beztrosko rzucając po wyborze, że Smith „ma wiele wspólnego z Larrym Birdem – mamy nadzieję”.

I tak przylgnęła do niego łatka „Birda dla ubogich” (choć można było zrozumieć o co chodziło Redowi – Michael był wysokim skrzydłowym, który na uczelni zdobywał dużo punktów – w tym z dystansu – zbierał, podawał… wypisz, wymaluj, kolejna nadzieja białych).

Resztę złego dla kariery Michaela Smith zrobił już on sam. Na obóz przygotowawczy dotarł bez formy, przez co szybko złapał kontuzję, tracąc szansę na zaznajomienie się z nową sytuacją i udowodnienie swojej wartości. Gdy jesteś debiutantem w legendarnej drużynie celującej w mistrza, w której na Twojej pozycji grają Bird, Kevin McHale a nawet, czasami, Reggie Lewis, to trudno w trakcie sezonu zdobyć zaufanie trenera. Dodatkowo – słusznie lub niesłusznie, nie wiem, nie znam człowieka – przylgnęła do Smitha łatka gracza mało ambitnego, który w oczach trenerów nie starał się wystarczająco mocno. Jeśli dodać do tego boiskową opinię – nie umiejącego bronić samoluba – nic dziwnego, że po dwóch sezonach w Bostonie (w żadnym nie grywał średnio nawet po 10 minut w meczu), został zwolniony i do NBA już nie wrócił, nie licząc 29 meczów dla Clippers w rozgrywkach 94/95.

Ale na jeden z fajniejszych celtyckich highlightów lat 90. się załapał, nawet jeśli tylko w roli drugoplanowej…

 

Otagowane ,

Lamond Murray

Lamond Murray

Fun Fact: Lamond Murray był autorem jednego z mniej standardowych game-winnerów lat 90.

Jego wsad w Rookie Game 1995 dał drużynie Białych trzeci i czwarty punkt w dogrywce, co zakończyło spotkanie, bo przepisy sparingu pierwszoroczniaków zastąpiły standardowe 5 minut doliczonego czasu gry nagłą śmiercią „kto pierwszy zdobędzie 3 punkty”.

Rzeczony wsad znajdziecie na końcu tej kompilacji…

Murray był w tamtym spotkaniu nie tylko liderem pod względem ilości dunków (3), ale i zbiórek (9), a jego 15 punktów było największym ofensywnym dobytkiem wśród uczestników, którzy nie byli MVP tego meczu (Eddie Jones, 25), albo numerem jeden draftu (Glenn Robinson, 21). To było także o jeden punkt więcej, niż jego średnia punktowa za cały sezon debiutancki, ale choć Murray był czwartym najlepszym strzelcem wśród rookies (za Robinsonem, Grantem Hillem i Juwanem Howardem), nie zmieścił się w dwóch piątkach All-Rookie wybranych po sezonie (nawet mimo tego, że łącznie zawierały 11 zawodników) – zabrakło mu jednego głosu.

Otagowane

Mark Macon

Mark Macon

Fun Fact: Mark Macon nigdy nie spełnił oczekiwań pokładanych w nim przez Nuggets, gdy Ci wybierali go z numerem ósmym w Drafcie 1991. Fani z Denver jednak jakoś szczególnie nie rwą włosów z głowy wspominając tamten nabór, bo cztery picki wcześniej zespół z Kolorado zwerbował Dikembe Mutombo, a po Maconie nie wybrano żadnej wielkiej gwiazdy. Nie zmienia to faktu, że Bryłki miałyby jeszcze bardziej błyskotliwą pierwszą połowę lat 90., gdyby zamiast guarda z Uniwersytetu Temple postawiono na Staceya Augmona (#9), Terrella Brandona (#11), czy Dale’a Davisa (#13, pomijam wybranego z #10 Briana Williamsa/Bisona Dele bo on dwa lata później i tak trafił do Denver).

Pomimo wyboru do drugiej piątki najlepszych debiutantów rozgrywek 91/92, Macon – choć posiadał widoczny dryg do zaliczania przechwytów i ogólne uznanie z postawę defensywną – dość szybko zraził do siebie pokładających w nim nadzieję włodarzy, trenerów oraz kibiców i już po dwóch tygodniach trzeciego sezonu w lidze został wysłany do Pistons za kontuzjowanego Alvina Robertsona (który przez dwa lata nie zdołał wyzdrowieć i nie rozegrał ani jednego meczu w koszulce Nuggets).

Nawet jego najlepsza, debiutancka kampania, nie była bez skazy, bo swoje 10 punktów na mecz rzucał na skuteczności ledwie 37.5%. W całej karierze trafiał nieco ponad 38% swoich rzutów, więc poniższy blooper jest całkiem adekwatnym highlightem jego kariery…

[UWAGA SUCHAR] Mark Macon? Raczej Mark Missin…

 

Otagowane

Kevin McHale

Kevin McHale

Fun Fact: Kevin McHale to prawdopodobnie jeden z pięciu najlepszych power forwardów w historii ligi i zasłużył na ten tytuł pomimo tego, że całą karierę spędził w cieniu Larry’ego Birda. Najlepiej jego karierę podsumowuje sytuacja z grudnia 1990 roku. W trakcie rozgrywanego w Bostonie meczu z Sixers, McHale przekroczył próg 15 tysięcy punktów zdobytych w karierze… ale nikt się nie zorientował. 20 dni wcześniej Larry Bird został piętnastym (wówczas) członkiem klubu graczy z dwudziestoma tysiącami punktów na koncie – z tej okazji zatrzymano grę i przy akompaniamencie ogłuszającej owacji wręczono na pamiątkę piłkę meczową. Ba, symboliczne wyrazy uznania od klubu i kibiców Celtics dostał nawet Orlando Woolridge, który parę dni później – odwiedzając Boston Garden z Denver Nuggets – zdobył swój dziesięciotysięczny punkt…

Gdy nadszedł moment kamienia milowego McHale’a, jak pisze Jack McCallum w „Unfinished Business”…

„(…) meczu nie zatrzymano, nie było żadnego anonsu, nikt nie dał McHale’owi piłki. Nikt nie wiedział. Ani PR-owcy Celtics, ani dziennikarze, ani sam McHale. (…) Dowiedział się o tym siedząc na ławce w trakcie meczu w Charlotte następnego wieczoru, kiedy podsłuchał mówiących o tym komentatorów. „Gdyby to był Larry, daliby mu piłkę, zatrzymali grę, pomyśleliby o wszystkim”, narzekał później Robert Parish. „Ale ponieważ to Kevin, to w porządku jest nic nie robić? Co za gówno.”

McCallum twierdzi, że choć silny skrzydłowy Bostonu nigdy nie brał nic do siebie (inaczej nie byłby w stanie koegzystować z bucowatym Birdem), tamta sytuacja go zabolała.

Choć oczywiście to także obrócił swoim zwyczajem w żart. Trzy tygodnie po niewybaczalnej wpadce Celtics, podczas luźnego, nieobowiązkowego treningu miała miejsce taka sytuacja (cytat znów z „Unfinished Business” – ta książka nie istniałaby bez cytatów z Kevina i anegdot z jego udziałem):

„Hej, Michael Jordan zdobył wczoraj w Philly swój 15-tysięczny punkt”, powiedział McHale, kartkując sekcje sportowe leżących obok gazet. „Ciekawe czy zatrzymali mecz?”

„Tak”, powiedział [Dave] Popson. „Była ceremonia i w ogóle”.

„Ojejciu”, odparł McHale, robiąc przytyk do gafy Celtów w obliczu jego własnego kamienia milowego, „musiało mu być miło”.

Ostatecznie McHale uzbierał w karierze 17335 punktów i uczcijmy je wszystkie tym oto montażem jego popisowych akcji…

Ramiona Kevina McHale’a są tak długie, że wszechświat musiał skrócić ramiona Kevina Willisa, żeby pozostać w równowadze.

PS: Przy okazji chciałem ogłosić zwycięzcę niedawnego turnieju imienników, który wygrali mający w swoich szeregach dzisiejszego bohatera Kevinowie, wyprzedzając Chrisów i Michaelów. Dzięki za wszystkie głosy!

Otagowane
Reklamy