Tag Archives: bardzo biali ludzie

Walter Palmer

Walter Palmer

Fun Fact: Lubię sobie od czasu „wylosować” jakiegoś totalnie niszowego koszykarza z dawnych lat, o którym nikt – łącznie ze mną – nie słyszał i poszukać informacji na jego temat. Czasem można dokopać się w ten sposób do różnych ciekawych faktów, choć niekoniecznie bezpośrednio związanych z tematem wyjściowym.

Czasem oczywiście nie znajduje się nic ciekawego, ale można się przynajmniej pośmiać, że he, he, zoba jaki dziwny kolo grał w NBA.

Walter Palmer oferuje trochę jednego i drugiego.

Walter Palmer jest jednym z 6 absolwentów uczelni Darthmouth, którzy zagrali w NBA. Ostatnim przypadkiem był James Blackwell, który rozegrał 13 meczów dla Hornets i Celtics w sezonie 94/95, zaś najlepszym koszykarskim produktem tego uniwersytetu był Rudy LaRusso – 5-krotny All-Star z Lakers i Warriors w latach 60.

LaRusso to ciekawostka, bo jest jednym z tylko 13 graczy w historii NBA, którzy w swoim ostatnim sezonie rzucali średnio ponad 20 punktów w meczu:

Query Results Table
Crit Crit Tota Per Shoo Shoo Shoo
Rk Player Age Tm PTS Season G MP FG% 3P% FT%
1 Kobe Bryant 36 LAL 22.3 2014-15 35 34.5 .373 .293 .813
2 Kevin Martin 31 MIN 20.0 2014-15 39 33.4 .427 .393 .881
3 Jamal Mashburn 31 NOH 20.8 2003-04 19 38.4 .392 .284 .813
4 Michael Jordan 39 WAS 20.0 2002-03 82 37.0 .445 .291 .821
5 Reggie Lewis 27 BOS 20.8 1992-93 80 39.3 .470 .233 .867
6 Drazen Petrovic 28 NJN 22.3 1992-93 70 38.0 .518 .449 .870
7 Larry Bird 35 BOS 20.2 1991-92 45 36.9 .466 .406 .926
8 Jerry West 35 LAL 20.3 1973-74 31 31.2 .447 .833
9 Rudy LaRusso 31 SFW 20.7 1968-69 75 37.1 .410 .794
10 Bob Pettit 32 STL 22.5 1964-65 50 35.1 .429 .820
11 Paul Arizin 33 PHW 21.9 1961-62 78 35.7 .410 .805
12 George Yardley 31 SYR 20.2 1959-60 73 32.9 .453 .816
13 Alex Groza 24 INO 21.7 1950-51 66 .470 .786
Provided by Basketball-Reference.com: View Original Table
Generated 9/22/2017.

Ale dość o LaRusso, wróćmy do Waltera Palmera.

Przed Draftem 1990 dostał łatkę „projektu”, ale 7 stóp i 1 cal wzrostu, dryg do bloków i dobry rzut z dystansu był wystarczającym zestawem argumentów, aby szansę, już z 33 numerem naboru, dali mu Utah Jazz (kilku graczy, którzy poszli po nim: Greg Foster, Jud Buechler, Bimbo Coles, Antonio Davis, Cedric Ceballos). Jako rookie zagrał 28 razy i za cały sezon 90/91 miał mało imponujące średnie 1.4 PPG, 0.8 RPG i 0.1 BPG przy 33.3% skuteczności z gry. Jazzmani zwolnili go przed startem kolejnego sezonu, ale Palmer wrócił do ligi w rozgrywkach 92/93 jako zawodnik zespołu z Dallas. Walter doczekał się swoich pięciu minut – 1 grudnia 1992 roku, w meczu przeciw drużynie, która wybrała go w drafcie, Palmer miał 18 punktów i 11 zbiórek. Mavs przegrali, ale trener słabiutkich Teksańczyków, Richie Adubato, powiedział później:

„Przynajmniej Palmer dobrze zagrał. Ba, zagrał wspaniale. Może znaleźliśmy wartościowego zawodnika? Szukaliśmy czegoś i może to znaleźliśmy.”

Nie znaleźli.

Palmer ostatecznie rozegrał tylko 20 meczów w koszulce Mavericks (3.0 PPG, 2.2 RPG, 0.3 BPG, 47.4% FG) i było to jego pożegnanie z ligą.

Walter Palmer kontynuował jednak karierę jeszcze przez 10 lat. Grał głównie w Niemczech, zaliczając epizody w lidze włoskiej, francuskiej, hiszpańskiej, argentyńskiej i południowo afrykańskiej. Na sportowej emeryturze został działaczem związkowym – zaczął od zorganizowania związku koszykarzy niemieckich, a potem pełni rolę sekretarza generalnego w różnych europejskich i globalnych organizacjach sportowych. Ta ścieżka doprowadziła go do jeszcze jednego comebacku do NBA – w 2014 roku NBA Players Association zatrudniło go jako dyrektora od spraw międzynarodowych i marketingu. Długo tej roli nie pełnił – zrezygnował już po roku – ale wciąż pozostaje w branży, jako konsultant.

„Nigdy nie byłem gwiazdą, ale byłem szczęśliwy, że jestem zawodowym sportowcem i grałem łącznie przez 13 lat, co było świetne. Bardzo dużo nauczyłem się od Jerry’ego Sloana. To było niesamowite. Niesamowity trener, absolutnie… Sama możliwość nauki pick-and-rolla od Johna Stocktona i Karla Malone’a procentowała przez resztę mojej kariery.”

– tak Walter Palmer wspominał niedawno swoją króciutką karierę w NBA i choć raczej się w pamięci fanów tej ligi nie zapisał, to 13-letnie zarabianie na życie grą w kosza pozostaje marzeniem naprawdę wielu sportowców.

Reklamy
Otagowane ,

Matt Fish

Matt Fish

Fun Fact: Zacytuję Wam fragment rubryki z koszykarskimi różnościami ze Sports Illustrated z marca 1997 roku, bo lepiej bym tego „fun factu” nie ujął:

Kiedy Heat podpisali ostatnio 10-dniowy kontrakt z centrem Mattem Fishem, wielu fanów bez wątpienia pamiętało, że to ten gracz Clippersów, który tak mocno zadunkował nad byłym skrzydłowym Heat, Johnem Salleyem, że Salley musiał opuścić boisko z powodu palpitacji. Jaki numer koszulki Fish dostał, gdy stawił się w Miami? Nie inny jak starą 22-kę po Salleyu.

Najlepsze, że to prawda!

I mega-wsad białasa, który na przestrzeni trzech sezonów w NBA rozegrał 50 spotkań w barwach pięciu drużyn…

…i kołatanie serca, którego John Salley dostał tuż po tym, jak przypozował do nigdy nie wydrukowanego plakatu (bo, parafrazując jak zawsze w takiej sytuacji Walta Williamsa, nikt przecież nie robi posterów Matta Fisha). Skrzydłowy Heat miał też zawroty głowy i przestraszony zszedł z boiska, a w przerwie meczu odwieziono go do szpitala (niektórzy twierdzili, że to efekt stresu związanego z totalnym rozczarowaniem, jakim był Spider Salley w Miami – po przyjściu z Pistons miał być gwiazdą, a nie łapał się do pierwszej piątki i był regularnie wygwizdywany przez fanów Heat).

Innymi słowy – Matt Fish zadunkował kiedyś tak mocno, że wysłał przeciwnika do szpitala.

Fun Fact 2: Od siebie dodam jeszcze, że Fish w 2001 roku grał w Polsce, w Polonii Warbud Warszawa. Nie pamiętam tego, ale w relacjach z meczów z tamtego okresu przewija się motyw rozczarowania, że mierzący 211 centymetrów środkowy tak kiepsko radzi sobie w walce na tablicach. Trener stołecznego klubu, Jarosław Zyskowski powiedział po jednym ze spotkań:

„Nie chciałem tego mówić, ale na boisku zachowywał się jak kolumna. Muszę z nim porozmawiać”.

To zdecydowanie nie są słowa jakie powinien wypowiadać trener polskiego ligowca na temat gościa z trzyletnim stażem w NBA.

Fun Fact 3: Choć najsłynniejszą akcją Matta Fisha był wsad, to natrafiłem na fragment relacji (zgubiłem linka), w której twierdzono, że ma on swój go-to move, którym była jakaś tam wariacja na temat skyhooka, którą Matt nazywał oczywiście „fish hook”.

Haczyk.

Genialne.

Fun Fact 4: Jako, że nie planuję wracać więcej do Matta Fisha (i tak przegram w wyszukiwarkach z relacjami z konfliktu Matta Barnesa i Dereka Fishera), jeszcze jedna ciekawostka: od jakiegoś czasu Matt Fish jest wydawcą magazynu „Rebound”, zatwierdzonego przez NBA, oficjalnego periodyku National Basketball Retired Players Association.

Otagowane ,

Tim McCormick

Tim McCormick

Fun Fact: Stworzyłem wczoraj taga „Bardzo Biali Ludzie z Nowego Jorku” i dziś idę za ciosem, przy czym kojarzcie słowo „cios” nie z mocnym uderzeniem, a ociosanym kawałkiem drewna.

Tim McCormick trafił do Knicks w rozgrywkach 91/92, które były ostatnim rokiem jego ośmioletniej kariery w NBA, obejmującej wcześniej Seattle, Filadelfię, New Jersey, Houston i Atlantę, a zaczętej w słynnym Drafcie 1984 (Tim był wybrany z #12, czyli 4 miejsca przed Johnem Stocktonem).

Na stronie internetowej McCormicka, który pracuje obecnie dla ESPN, widnieje hasło będące też tytułem napisanej przez niego książki – „Nigdy nie bądź średniakiem”. To mocne słowa, jak na kogoś kto ma w karierze średnie 8 punktów i 4 zbiórek, a w najlepszych latach – 12/7.

Ostatecznie jego rola w Knicks ograniczyła się do bycia zapychaczem w wymianie, która w 1994 roku (McCormicka nie widziano wówczas na parkiecie od dwóch lat) sprowadziła do Wielkiego Jabłka Dereka Harpera, choć niewiele brakowało, a byłby zapychaczem w jednym z najgłośniejszych nowojorskich niespełnionych transferów – pozyskaniu Isiah Thomasa z Detroit.

Otagowane , ,

Brian Quinnett

Brian Quinnett

Fun Fact: Przeglądałem sobie swoje albumy z kartami i doszedłem do wniosku, że mój blog powinien mieć tag „Bardzo Biali Ludzie z Nowego Jorku”. To może nie taka śnieżnobiałość jak w przypadku „Bardzo Białych Ludzi z Milwaukee”, ale w Wielkim Jabłku w latach 90 dało się znaleźć kilka dorodnych okazów białej odmiany człowiek połączonej z drewnianą odmianą koszykarza: pisałem już o Ericu Andersonie, Stuarcie Grayu i patronie nowojorskich białasów, Chrisie Dudleyu (szkoda, że Travis Knight spóźnił się minimalnie na lata 90 w Knicks), ale to nie wyczerpuje tematu.

Był sobie na przykład jeszcze taki koleś, jak Brian Quinnett, z karty wyglądający trochę na ninetiesową wersją Mindaugasa Kuzminskasa (choć tak właściwie to Mindaugas z fryzurą na starszego o kilka lat od ciebie syna sąsiadów, który dawniej słuchał Papa Dance, jest ninetiesową wersją samego siebie) i tego rodzaju rolę pełniący w swoim najlepszym sezonie w Nowym Jorku, czyli rozgrywkach 90/91 (okolice 5 punktów i 2 zbiórek).

Quinnett był skrzydłowym, choć akurat Basketball Reference klasyfikuje go jednoznacznie jako shooting guarda, zaś w swojej nowojorskiej karierze, 50 numer Draftu 1989 bywał też m.in. pierwszym zmiennikiem dla Patricka Ewinga. Z tego co można o nim dziś przeczytać, miewał momenty, gdy bardzo solidnie wypełniał rolę zadaniowca, ale zabrakło dla niego miejsca w składzie, gdy zespół z Nowego Jorku przejął Pat Riley. Efektem był transfer do Mavericks w trakcie sezonu 91/92, którzy okazali się ostatnią drużyną w karierze 25-letniego wówczas Briana. Quinnett dostał latem oferty kontraktu z Chicago i Bostonu, postanowił jednak wstrzymać się z negocjacją warunków do zakończenie ligi letniej, na którą pojechał razem z Celtics. Niestety wtedy posłuszeństwa odmówiły sprawiające chroniczne problemy plecy, a Brian nie tylko zmarnował ligę letnią, ale był zmuszony jesienią przejść operację, której efektem była częściowa strata czucia w lewej nodze i atrofia mięśni. NBA nagle znalazła się poza zasięgiem Quinnetta, który dokończył sportową karierę w CBA i Europie.

138 spotkań w NBA to niewielka próbka, stąd jedyny highlight naszego dzisiejszego bohatera, jaki śmiga po YouTube’ie to czapa, jaką zarobił od Scottie’ego Pippena:

Otagowane , ,

Tyus Edney, Ed O’Bannon, George Zidek

Edney, O'Bannon, Zidek

Fun Fact: Te wyjmowane z paczek ninetiesowych, kioskowych Upper Decków potrójne karty strasznie mnie konfundowały (prawie tak bardzo, jak przebieg zawodowej kariery Eda O’Bannona). Nigdy nie mogłem się zdecydować, czy je rozrywać, czy nie. Ostatecznie wszystkie podzieliłem na mini-karty, moim zdaniem dość logicznie uznając, że skoro producent nie chciał byśmy je dzielili na trzy części, to darowałby sobie perforację pomiędzy segmentami. Gdy dziś trafiam na taką kartę, zostawiam ją jednak nienaruszoną, bo łatwiej je w ten sposób przechowywać. To chyba oznaka – wyjątkowo niszowa, przyznaję, ale jednak – starzenia się.

Ale, ale.

Ten post miał mieć trzech bohaterów i żadnym z nich nie miał być podstarzały ja. Ed miał już krótką wzmiankę i darujmy sobie dalsze pastwienie się nad jego zmarnowanym talentem (zresztą niewiele jestem chwilowo w stanie dodać do tego, co napisałem tu ostatnio…), zostają więc – także mający już na koncie epizody na MMJK – Tyus i Jiří zwany też przez Amerykanów George’em.

Ten drugi był 22 pickiem w pierwszej rundzie Draftu 1995, ale już chwilę później, jako 24-latek wyleciał na dobre poza ligę (ze średnimi z kariery około 3 punktów i 2 zbiórek w meczu). Nie załapałby się nawet do pierwszej piątki George’ów z lat 90, bo na centrze wygryzłby go Gheorghe Muresan (reszta składu to Tate George i George McCloud na obwodzie, George Lynch na skrzydle a na czwórce – z braku laku – mający na drugie imię George, Anthony Mason).

Edney – jeden z tych mniej znanych zdobywców mniej znanej nagrody Frances Pomeroy Naismith Award – zdziałał w NBA nieco więcej (7 punktów, 4 asysty w karierze), choć stracił miejsce w lidze w tym samym momencie co Zidek (obydwaj zresztą stworzyli wtedy duet w Żalgirisie Kowno). W tym czasie przerobił alternatywny scenariusz przyszłej kariery Isaiah Thomasa, tyle że w tej jej wersji miniaturowy point guard nie miał okazji eksplodować talentem grając dla Kings, a potem Celtics. Choć momenty były:

Otagowane , , , ,

Stuart Gray

Stuart Gray

Fun Fact: Stuart Gray – który zanim rozegrał 27 spotkań w koszulce Knicks na początku lat 90, był przez 5 sezonów graczem Pacers, spędzając też pół sezonu w Charlotte – jest jedynym koszykarzem NBA urodzonym w Strefie Kanału Panamskiego. W szkole średniej uważano go za wielki talent – podczas licealnych turniejów dla najlepszych zawodników zdarzało mu się przyćmiewać Patricka Ewinga. Niestety potem okazało się, że mierzący 7 stóp center ma w zwyczaju obżerać się pizzą i narzekać, stąd jego trzyletnia kariera w UCLA rozczarowała wiele osób. Potencjału wystarczyło na wybór na początku drugiej rundy słynnego Draftu 1984 (ten z Michaelem Jordanem… no i z Jerome’em Kerseyem, ma się rozumieć…), ale nawet te jego resztki nie zostały zrealizowane w Indianapolis, gdzie Gray rzadko przebywał na parkiecie dłużej niż 10 minut na mecz.

Choć w przeliczeniu na 36 minut wykręcał double-double, jego ogólną przydatność podsumowuje cytat z jednego z amerykańskich „skarbów kibica” z lat 80: „Urodzony w Strefie Kanału Panamskiego – nic dziwnego, że ją oddaliśmy”. Lektura odwrotu jednej z jego kart informuje nas o jego popisowym numerze – zablokowaniu w jednym z meczów obydwu Bliźniaczych Wież, czyli zarówno Hakeema Olajuwona, jak i Ralpha Sampsona. Z drugiej strony jednak na jego pierwszej karcie wydrukowano zdjęcie nie Graya, a klubowego kolegi Tony’ego Browna – chyba więc nie wybijał się na tyle często, by producenci kart go kojarzyli…

grayrc

(fot. Beckett.com)

Bonus Fun Fact: Stuart Gray, jak już wspomniałem, jest jedynym graczem NBA, który urodził się w Strefie Kanału Panamskiego, ale nie jedyną pochodzącą stamtąd osobą związaną z ligą – dziewięć lat po nim, w tym samym miejscu urodziła się prezenterka koszykarskich programów ESPN, Sage Steele.

Otagowane , ,

Rich King

Rich King

Fun Fact: Bogaty Król, tudzież Król Ryszard to postać, z której braku w pamięci fani NBA są rozgrzeszeni. Wszak rozegrał ledwie 72 mecze w tej lidze, boleśnie rozciągając ten wynik na cztery wypełnione głównie rehabilitacją sezony w Seattle SuperSonics. Rich King łącznie, przez 7 lat orbitowania wokół NBA (po wygaśnięciu jego debiutanckiego kontraktu pojawiał się jeszcze na obozach treningowych Wolves, Nuggets i Grizzlies, zaliczył też przygodę z CBA) przeszedł 6 operacji i składane miał praktycznie wszystko – kciuk, stopę, plecy oraz obydwa kolana, a mecze opuszczał także z powodu tak egzotycznie brzmiących powodów, jak choroba części twarzowej czaszki – zespół Costena.

Co prawda, gdy był zdrowy (przez cały pierwszy sezon) King nie pokazał zbyt wiele, ale nie dostał szansy na awans w hierarchii podkoszowej rotacji Sonics, który w dniu Draftu 1991 wydawał się nieuchronny. Guru ligowych skautów, Marty Blake, nazwał Richa „stealem draftu”, a fani Seattle, które wybrało go z numerem 14, porównywali go do kultowego centra Ponaddźwiękowców, Jacka Sikmy. Co prawda inna łatka – luksusowa wersja Willa Perdue – nie była aż tak podniecająca, jednak wszyscy doceniali jego warunki fizyczne – 7 stóp i 2 cale wzrostu przy niezłej mobilności – dryg do bloków, rzut z wyskoku i brak lęku przed podkoszowymi kolizjami mimo ogólnej chuderlawości. Podobno w swoim dziewiątym meczu w karierze, trafił kluczowe cztery rzuty wolne, które pozwoliły Sonics pokonać po dogrywce Warriors, a George Karl w nagrodę za ciężką pracę na treningach wystawił go też dwukrotnie w pierwszej piątce, w tym raz przeciw Patrickowi Ewingowi. Na tym jednak kończą się opowieści o jego boiskowych wyczynach wśród zawodowców. Na przedwczesnej emeryturze Rich King odnalazł się jednak całkiem dobrze. Razem z najlepszym kumplem z Sonics – Detlfem Schrempfem – założył firmę zajmującą się doradztwem finansowym dla sportowców i celebrytów. Był też potem m.in. przedstawicielem handlowym firmy oferującej leasing prywatnych samolotów. Ogólnie – radzi sobie. I trzyma się z dala od chirurgów.

A kariera w NBA nie była całkowicie zmarnowana. W czasie jednego z meczów złapał kontakt wzrokowy z jedną z fanek Sonics siedzących niedaleko ławki rezerwowych. Tego samego wieczora spotkał ją przypadkiem w restauracji i do dziś są małżeństwem. Tak się grzeje ławę dzieciaki!

Otagowane ,

Frank Kornet

Frank Kornet

Fun Fact: Wreszcie – po czterech latach przerwy – mogę dokończyć cykl o Bardzo Białych Ludziach Grających w Bucks Na Początku Lat 90! Dopiero niedawno wszedłem bowiem w posiadanie karty Franka Korneta, brakującego członka tamtej ekipy. W 89 meczach rozbitych na dwa sezony, były 30 pick Draftu 1989 wiele nie dokonał, no może poza zaskarbieniem sobie sympatii leniwych statystyków, którzy nie mieli zbyt wiele roboty z protokołowaniem wyczynów silnego skrzydłowego z dyplomem Vanderbilt – jego średnie z kariery to 1.9 PPG, 1.1 RPG i 36.9 FG%.

Ulubionym koszykarzem Franka (dziś szkolnego trenera żeńskiej koszykówki) był bohater poprzedniego posta, Charles Barkley, na którego cześć nosił w college’u numer 34. Ulubionym wspomnieniem z NBA jest zaś pierwsze spotkanie z idolem – Sir Charles wyszedł 1.5 godziny przed meczem Sixers w Milwaukee na rozgrzewkę i gdy zobaczył Korneta siedzącego na ławce z nogą w ortezie, podszedł do niego i zapytał „Cześć Frank, jak się masz?”. Barkley i Konret nigdy wcześniej się nie spotkali, ale uniwersytety Auburn i Vanderbilt grały w jednej konferencji i Chuck zapamiętał naszego bohatera śledząc losy swojej alma mater. Frank twierdzi, że przegadał wtedy z Krągłym Pagórkiem Zbiórek dobrą godzinę. Cóż – Charles Barkley nie takie rzeczy robił, żeby uniknąć treningu.

Nie jestem w stanie napisać Wam o Kornecie wiele więcej, bo jak sami widzicie nie było zbyt dużo okazji, by lepiej go poznać w roli zawodnika NBA. Może powiedzie się w niej jego synowi, Luke’owi, który na chwilę obecną jest przymierzany do drugiej rundy przyszłorocznego draftu przez ekspertów z DraftExpress.

Otagowane , ,

Chris Dudley

Chris Dudley

Fun Fact: Szybki ranking ludzi, którzy są wybitni w robieniu czegoś źle:

1. Syzyf – wtaczanie kamienia na szczyt góry
2. Goście ze Studio YaYo – rozśmieszanie ludzi
3. Michael Jordan – przegrywanie
4. Pablo Escobar – uczciwa praca i golenie wąsów
5. Chris Dudley – rzuty osobiste

Dudley to jeden z tych gości, których pokraczna technika na linii (której to poświęciłem niedawno całą Pierwszą Piątkę) często nabierała czekających na zbiórkę przeciwników i prowokowała zbyt szybkie wchodzenie w pole trzech sekund. Tak jak Marv Albert na powyższym wideo, wątpię jednak aby cieszyło to Dudleya, który kiedyś w wyniku opisanego zjawiska rzucał 5 kolejnych wolnych i nie trafił żadnego. Już nie za jednym podejściem, spudłował kiedyś 13 wolnych z rzędu (co jest chyba rekordem NBA).

Co ciekawe – do kosza z kilku metrów nie był w stanie trafić, za to w tyłek Shaqa z połowy boiska trafił za pierwszym podejściem… ale to już chyba dowcip o rozmiarze tyłka Shaqa.

Otagowane , ,

Mike Smrek

Mike Smrek

Fun Fact: Jeśli ktoś lubi facebookowe wydanie tego bloga, zapewne pamięta, że jakiś czas temu wybrałem się z powyższą kartą na króciutkie wakacje nad morze. Myślę, że tę fotorelację należy wrzucić także tutaj…

Mike był dzielny przez cały wyjazd, nie narzekał nawet jak zepsuł nam się samochód, dlatego zasługuje na poświęcony sobie wpis na MMJK.

Mike Smrek trafił do NBA jako 25 pick Draftu 1985 (to wtedy był 1 pick drugiej rundy). Wybrali go Portland Trail Blazers, ale natychmiast oddali do Chicago Bulls (Blazers nie zabrali Bulls Jordana ORAZ oddali im Mike’a Smreka?!), gdzie Mike przez rok grywał w co drugim meczu (notując mniej więcej po 2 punkty i 2 zbiórki, co miało być motywem przewodnim jego kariery), załapując się jednak do playoffs i zaliczając dwie minuty i jeden faul w spotkaniu, w którym Bóg przebrał się za Michaela Jordana.

Potem kanadyjski podkoszowiec znalazł się w jeszcze lepszym miejscu i czasie – przez dwa lata siedział na ławce Los Angeles Lakers, którzy z nim w składzie wygrali dwa kolejne tytuły mistrzowskie. Gdyby w latach 1987 i 1988 był powszechny dostęp do World Wide Web, za kadencji Smreka wygraliby też Internety swoją antynarkotykową piosenką (Mike wchodzi w 37 sekundzie):

Smrek, który wygląda tu jak T-800 na wakacjach, nie udziela zbyt wielu przydatnych rad w walce z uzależnieniem od narkotyków, za to wyrapowuje swoje koszykarskie credo: „Call me Smrek, I give my team my best // When you really care, you can do no less”. Dzięki niemu utrzymał się w NBA przez sześć (niepełnych) sezonów i kontynuował karierę w Europie mimo braku smykałki do tego sportu. Zanim trafił do Golden State Warriors w rozgrywkach 89/90 (grał tam – z przerwą na 10 meczów w koszulce Clippers w trakcie sezonu 90/91 – do końca swojej amerykańskiej kariery w 1992 roku) rozegrał swój najlepszy indywidualnie sezon jako Ostroga, notując 4.5 PPG, 3.0 RPG i 1.3 BPG, 18 razy wychodząc w pierwszej piątce.

Latem 1992 roku był najlepszym strzelcem reprezentacji Kanady w meczu przeciwko Dream Teamowi. Choć ekipa spod znaku klonowego liścia nie uzyskała na Mistrzostwach Ameryki awansu na igrzyska w Barcelonie, a z USA przegrała 61:105, Mike Smrek rzucił najlepszej drużynie wszech czasów 14 punktów i wykonał wsad na Davidem Robinsonem, który poszedł w świat.

Jeśli lubicie przy okazji bardzo białych koszykarzy rzucać żartami o drewnie, Mike Smrek jest wybitnie wdzięcznym ich obiektem. Nie tylko jego nazwisko w gwarze góralskiej oznacza świerk, ale po zakończeniu kariery zaczął pracować z drewnem – jest cieślą, nauczycielem zetpetów w liceum próbującym zaszczepić uczniom miłość do drewna i pisuje artykuły do kanadyjskich portali o obróbce drewna.

Otagowane ,