Tag Archives: bardzo biali ludzie

Dwayne Schintzius

Dwayne Schintzius

Fun Fact: Dawno nie gościła na tych łamach plereza Dwayne’a Schintziusa, na co reakcja statystycznego konesera otoczki NBA z lat 90 wygląda mniej więcej tak:

Na szczęście znalazłem jeszcze jedną kartę uświetnioną tą klasyczną fryzurą, która była czymś więcej niż po prostu fryzurą. Była żywiołem.

Żywiołem bywał też sam Dwayne, który lubił się kłócić z trenerami i sędziami oraz brzydko faulować rywali a poza parkietem, tych, którzy mu podpadli (na przykład żartując z jego wzrostu) zwykł w dobry dzień opluwać, a w gorszy bić rakietami tenisowymi i tym samym narzędziem demolować im samochody. Dwayne wyciszył się dopiero w NBA, gdzie okazał się niewypałem i stracił status wielkiego talentu, który nakręcał jego ego w czasie gry w NCAA. Był jednak w tym wszystkim bardziej dużym dzieckiem, niż łobuzem. No bo tylko duże dzieci wymyślają ksywki dla swoich fryzur (Schintzius nazywał swoją płetwę „Lobster”, czyli „Homar”).

Reklamy
Otagowane ,

Ołeksandr Wołkow

Ołeksandr Wołkow

Fun Fact: Ołeksandr Wołkow – tudzież Alexander Volkov dla lepiej czujących się w amerykańskiej terminologii – to Ukraiński koszykarz, który w 1989 roku stanął na czele wschodnioeuropejskiej ofensywy w NBA. Razem z nim – wybranym w szóstej rundzie draftu przez Atlantę – w tamtym roku swoje zaoceaniczne kariery rozpoczęli także Drażen Petrović, Sarunas Marciulionis i Vlade Divać (był jeszcze Czarnogórzec Zarko Paspalj, który w wywiadach z rozbrajającą szczerością opowiadał, że jada pizzę pięć razy w tygodniu i kocha papierosy Marlboro – nic dziwnego, iż jego kariera w Spurs trwała tylko 28 meczów).

Wołkow ostatecznie grał w NBA tylko przez trzy sezony – środkowy tracąc w całości z powodu kontuzji – i wrócił do Europy. Chroniczne problemy ze zdrowiem przeszkodziły mu w rozwinięciu skrzydeł nie tylko w USA, bo już trzy lata później, jako 31-latek, zakończył zawodowe uprawianie sportu (nie liczę jego kaprysu po 2000 roku, gdy bywał grającym prezydentem swojego klubu BC Kijów).

Szkoda. Swego czasu był jednym z największych talentów Związku Radzieckiego, mierzącym 208 centymetrów skrzydłowym, który mógł grać na czterech pozycjach. Hawks znali go dobrze, m.in. dzięki ich zwariowanemu tournee po ZSRR z 1988 roku („Przez dwa tygodnie żywiliśmy się głównie ogórkami, pomidorami i ciepłą wódką” – podsumował tamten początek ekspansji NBA ówczesny komentator radiowy Jastrzębi, Steve Holman), choć tak naprawdę czuli miętę do Sarunasa Marciulionisa, który jednak w międzyczasie dogadał się z Golden State Warriors.

Choć był tylko nagrodą pocieszenia, miał już 25 lat i dryg do łapania urazów, Wołkow bez problemu wywalczył sobie miejsce w rotacji Hawks (w której przecież, pod koszem i na skrzydłach, minuty zaklepywali tacy goście jak Dominique Wilkins, Moses Malone i Kevin Willis). Jego średnie z kariery to 6.8 PPG, 2.6 RPG, 2.2 APG i 45.5% FG, ale gdy dostawał większe minuty, Ołeksandr „dowoził”…

W 19 meczach w karierze, w których grał przynajmniej przez 30 minut, statystyczne osiągi Ukraińca wzrastały do 16.2 PPG, 5.9 RPG, 5.7 APG, 50.7% FG. Dodawał też po 2 przechwyty na mecz i trafiał trójki ze skutecznością ponad 40%. Wołkow byłby dziś ulubieńcem graczy w fantasy basketball za takie linijki jak 21/6/7/2/2, 21/5/8/6/2 czy 17/8/10/5/2, wykręcane na pożegnanie z NBA, w marcu 1992 roku.

Otagowane , ,

Bobby Hansen

Bobby Hansen

Fun Fact: Mimo niechęci do dominacji Bulls w latach 90., jedna rzecz zawsze wzbudzała moją sympatię – że choć mieli najlepszego i najbardziej godnego zaufania w kwestii wygrywania meczów koszykarza na świecie, to zawsze znalazło się u nich coś do roboty dla jakiegoś bardzo białego człowieka z drugiego lub trzeciego planu. Wszyscy pamiętają Johna Paxsona i Steve’a Kerra pieczętujących tytuły w, odpowiednio, 1993 i 1997 roku…

Dwie krótkie dygresje.

1. Bulls w czwartej kwarcie szóstego meczu z Suns zdobyli tylko 12 punktów, a trójka Paxsona była jedynym koszem gości nie zapisanym w tamtej ćwiartce Jordanowi.

2. Kerr nie zamieniłby się w bohatera, gdyby wcześniej Shandon Anderson nie zamienił się w Charlesa Smitha

Koniec dwóch krótkich dygresji.

…zapominamy jednak często, że John i Steve nie byli pierwszymi bladymi twarzami tryumfu Bulls. Pierwszy był w 1992 roku Bobby Hansen. Dwunasty zawodnik tamtego składu, który co prawda nie wieńczył mistrzowskiego dzieła, ale dał sygnał do boju w szóstym meczu serii z Blazers.

Byki zaczynały ostatnie dwanaście minut starcia z 15-punktową stratą i wydawało się, że Phil Jackson wywiesza białą flagę wypuszczając na boisko piątkę składającą się ze Scottie’ego Pippena, B.J.’a Armstronga, Stacey Kinga, Cliffa Levingstona i właśnie Bobby’ego Hansena. Hansen zaskoczył jednak wszystkich trafiając trójkę z rogu, a potem zabierając piłkę nikomu innemu, jak Jerome’owi Kerseyowi (najlepszemu zawodnikowi Blazers tamtego wieczora), co odmieniło dynamikę meczu i dało początek niesamowitej pogoni gospodarzy. Gdy Bobby oddawał miejsce na parkiecie Michaelowi Jordanowi, Chicago traciło już tylko 3 punkty do rywali.

Latem 1992 w Chicago zapanowała moda na podawanie się za Bobby’ego Hansena, bo trudniej było wówczas o bardziej niepozornego koszykarza NBA. Był tak niepozorny, że ochrona nie chciała go wpuścić na paradę mistrzowską Bulls.

Wiedząc, że w koszykówce nie spotka go już nic lepszego niż niepodważalny wkład w byczą dynastię, jako 31-latek przeszedł na sportową emeryturę, dzięki czemu tamta trójka pozostała jego ostatnim rzutem w karierze.

Do dziś może się chwalić, że przez pięć minut był godnym zastępcą Michaela Jordana.

Mógłby się też chwalić, że kiedyś (w czasach gdy w Jazz aspirował do roli, którą później pełnił Jeff Hornacek) połamał MJ’owi kostki… gdyby zaraz potem nie spudłował layupa…

Otagowane ,

Walter Palmer

Walter Palmer

Fun Fact: Lubię sobie od czasu „wylosować” jakiegoś totalnie niszowego koszykarza z dawnych lat, o którym nikt – łącznie ze mną – nie słyszał i poszukać informacji na jego temat. Czasem można dokopać się w ten sposób do różnych ciekawych faktów, choć niekoniecznie bezpośrednio związanych z tematem wyjściowym.

Czasem oczywiście nie znajduje się nic ciekawego, ale można się przynajmniej pośmiać, że he, he, zoba jaki dziwny kolo grał w NBA.

Walter Palmer oferuje trochę jednego i drugiego.

Walter Palmer jest jednym z 6 absolwentów uczelni Darthmouth, którzy zagrali w NBA. Ostatnim przypadkiem był James Blackwell, który rozegrał 13 meczów dla Hornets i Celtics w sezonie 94/95, zaś najlepszym koszykarskim produktem tego uniwersytetu był Rudy LaRusso – 5-krotny All-Star z Lakers i Warriors w latach 60.

LaRusso to ciekawostka, bo jest jednym z tylko 13 graczy w historii NBA, którzy w swoim ostatnim sezonie rzucali średnio ponad 20 punktów w meczu:

Query Results Table
Crit Crit Tota Per Shoo Shoo Shoo
Rk Player Age Tm PTS Season G MP FG% 3P% FT%
1 Kobe Bryant 36 LAL 22.3 2014-15 35 34.5 .373 .293 .813
2 Kevin Martin 31 MIN 20.0 2014-15 39 33.4 .427 .393 .881
3 Jamal Mashburn 31 NOH 20.8 2003-04 19 38.4 .392 .284 .813
4 Michael Jordan 39 WAS 20.0 2002-03 82 37.0 .445 .291 .821
5 Reggie Lewis 27 BOS 20.8 1992-93 80 39.3 .470 .233 .867
6 Drazen Petrovic 28 NJN 22.3 1992-93 70 38.0 .518 .449 .870
7 Larry Bird 35 BOS 20.2 1991-92 45 36.9 .466 .406 .926
8 Jerry West 35 LAL 20.3 1973-74 31 31.2 .447 .833
9 Rudy LaRusso 31 SFW 20.7 1968-69 75 37.1 .410 .794
10 Bob Pettit 32 STL 22.5 1964-65 50 35.1 .429 .820
11 Paul Arizin 33 PHW 21.9 1961-62 78 35.7 .410 .805
12 George Yardley 31 SYR 20.2 1959-60 73 32.9 .453 .816
13 Alex Groza 24 INO 21.7 1950-51 66 .470 .786
Provided by Basketball-Reference.com: View Original Table
Generated 9/22/2017.

Ale dość o LaRusso, wróćmy do Waltera Palmera.

Przed Draftem 1990 dostał łatkę „projektu”, ale 7 stóp i 1 cal wzrostu, dryg do bloków i dobry rzut z dystansu był wystarczającym zestawem argumentów, aby szansę, już z 33 numerem naboru, dali mu Utah Jazz (kilku graczy, którzy poszli po nim: Greg Foster, Jud Buechler, Bimbo Coles, Antonio Davis, Cedric Ceballos). Jako rookie zagrał 28 razy i za cały sezon 90/91 miał mało imponujące średnie 1.4 PPG, 0.8 RPG i 0.1 BPG przy 33.3% skuteczności z gry. Jazzmani zwolnili go przed startem kolejnego sezonu, ale Palmer wrócił do ligi w rozgrywkach 92/93 jako zawodnik zespołu z Dallas. Walter doczekał się swoich pięciu minut – 1 grudnia 1992 roku, w meczu przeciw drużynie, która wybrała go w drafcie, Palmer miał 18 punktów i 11 zbiórek. Mavs przegrali, ale trener słabiutkich Teksańczyków, Richie Adubato, powiedział później:

„Przynajmniej Palmer dobrze zagrał. Ba, zagrał wspaniale. Może znaleźliśmy wartościowego zawodnika? Szukaliśmy czegoś i może to znaleźliśmy.”

Nie znaleźli.

Palmer ostatecznie rozegrał tylko 20 meczów w koszulce Mavericks (3.0 PPG, 2.2 RPG, 0.3 BPG, 47.4% FG) i było to jego pożegnanie z ligą.

Walter Palmer kontynuował jednak karierę jeszcze przez 10 lat. Grał głównie w Niemczech, zaliczając epizody w lidze włoskiej, francuskiej, hiszpańskiej, argentyńskiej i południowo afrykańskiej. Na sportowej emeryturze został działaczem związkowym – zaczął od zorganizowania związku koszykarzy niemieckich, a potem pełni rolę sekretarza generalnego w różnych europejskich i globalnych organizacjach sportowych. Ta ścieżka doprowadziła go do jeszcze jednego comebacku do NBA – w 2014 roku NBA Players Association zatrudniło go jako dyrektora od spraw międzynarodowych i marketingu. Długo tej roli nie pełnił – zrezygnował już po roku – ale wciąż pozostaje w branży, jako konsultant.

„Nigdy nie byłem gwiazdą, ale byłem szczęśliwy, że jestem zawodowym sportowcem i grałem łącznie przez 13 lat, co było świetne. Bardzo dużo nauczyłem się od Jerry’ego Sloana. To było niesamowite. Niesamowity trener, absolutnie… Sama możliwość nauki pick-and-rolla od Johna Stocktona i Karla Malone’a procentowała przez resztę mojej kariery.”

– tak Walter Palmer wspominał niedawno swoją króciutką karierę w NBA i choć raczej się w pamięci fanów tej ligi nie zapisał, to 13-letnie zarabianie na życie grą w kosza pozostaje marzeniem naprawdę wielu sportowców.

Otagowane ,

Matt Fish

Matt Fish

Fun Fact: Zacytuję Wam fragment rubryki z koszykarskimi różnościami ze Sports Illustrated z marca 1997 roku, bo lepiej bym tego „fun factu” nie ujął:

Kiedy Heat podpisali ostatnio 10-dniowy kontrakt z centrem Mattem Fishem, wielu fanów bez wątpienia pamiętało, że to ten gracz Clippersów, który tak mocno zadunkował nad byłym skrzydłowym Heat, Johnem Salleyem, że Salley musiał opuścić boisko z powodu palpitacji. Jaki numer koszulki Fish dostał, gdy stawił się w Miami? Nie inny jak starą 22-kę po Salleyu.

Najlepsze, że to prawda!

I mega-wsad białasa, który na przestrzeni trzech sezonów w NBA rozegrał 50 spotkań w barwach pięciu drużyn…

…i kołatanie serca, którego John Salley dostał tuż po tym, jak przypozował do nigdy nie wydrukowanego plakatu (bo, parafrazując jak zawsze w takiej sytuacji Walta Williamsa, nikt przecież nie robi posterów Matta Fisha). Skrzydłowy Heat miał też zawroty głowy i przestraszony zszedł z boiska, a w przerwie meczu odwieziono go do szpitala (niektórzy twierdzili, że to efekt stresu związanego z totalnym rozczarowaniem, jakim był Spider Salley w Miami – po przyjściu z Pistons miał być gwiazdą, a nie łapał się do pierwszej piątki i był regularnie wygwizdywany przez fanów Heat).

Innymi słowy – Matt Fish zadunkował kiedyś tak mocno, że wysłał przeciwnika do szpitala.

Fun Fact 2: Od siebie dodam jeszcze, że Fish w 2001 roku grał w Polsce, w Polonii Warbud Warszawa. Nie pamiętam tego, ale w relacjach z meczów z tamtego okresu przewija się motyw rozczarowania, że mierzący 211 centymetrów środkowy tak kiepsko radzi sobie w walce na tablicach. Trener stołecznego klubu, Jarosław Zyskowski powiedział po jednym ze spotkań:

„Nie chciałem tego mówić, ale na boisku zachowywał się jak kolumna. Muszę z nim porozmawiać”.

To zdecydowanie nie są słowa jakie powinien wypowiadać trener polskiego ligowca na temat gościa z trzyletnim stażem w NBA.

Fun Fact 3: Choć najsłynniejszą akcją Matta Fisha był wsad, to natrafiłem na fragment relacji (zgubiłem linka), w której twierdzono, że ma on swój go-to move, którym była jakaś tam wariacja na temat skyhooka, którą Matt nazywał oczywiście „fish hook”.

Haczyk.

Genialne.

Fun Fact 4: Jako, że nie planuję wracać więcej do Matta Fisha (i tak przegram w wyszukiwarkach z relacjami z konfliktu Matta Barnesa i Dereka Fishera), jeszcze jedna ciekawostka: od jakiegoś czasu Matt Fish jest wydawcą magazynu „Rebound”, zatwierdzonego przez NBA, oficjalnego periodyku National Basketball Retired Players Association.

Otagowane ,

Tim McCormick

Tim McCormick

Fun Fact: Stworzyłem wczoraj taga „Bardzo Biali Ludzie z Nowego Jorku” i dziś idę za ciosem, przy czym kojarzcie słowo „cios” nie z mocnym uderzeniem, a ociosanym kawałkiem drewna.

Tim McCormick trafił do Knicks w rozgrywkach 91/92, które były ostatnim rokiem jego ośmioletniej kariery w NBA, obejmującej wcześniej Seattle, Filadelfię, New Jersey, Houston i Atlantę, a zaczętej w słynnym Drafcie 1984 (Tim był wybrany z #12, czyli 4 miejsca przed Johnem Stocktonem).

Na stronie internetowej McCormicka, który pracuje obecnie dla ESPN, widnieje hasło będące też tytułem napisanej przez niego książki – „Nigdy nie bądź średniakiem”. To mocne słowa, jak na kogoś kto ma w karierze średnie 8 punktów i 4 zbiórek, a w najlepszych latach – 12/7.

Ostatecznie jego rola w Knicks ograniczyła się do bycia zapychaczem w wymianie, która w 1994 roku (McCormicka nie widziano wówczas na parkiecie od dwóch lat) sprowadziła do Wielkiego Jabłka Dereka Harpera, choć niewiele brakowało, a byłby zapychaczem w jednym z najgłośniejszych nowojorskich niespełnionych transferów – pozyskaniu Isiah Thomasa z Detroit.

Otagowane , ,

Brian Quinnett

Brian Quinnett

Fun Fact: Przeglądałem sobie swoje albumy z kartami i doszedłem do wniosku, że mój blog powinien mieć tag „Bardzo Biali Ludzie z Nowego Jorku”. To może nie taka śnieżnobiałość jak w przypadku „Bardzo Białych Ludzi z Milwaukee”, ale w Wielkim Jabłku w latach 90 dało się znaleźć kilka dorodnych okazów białej odmiany człowiek połączonej z drewnianą odmianą koszykarza: pisałem już o Ericu Andersonie, Stuarcie Grayu i patronie nowojorskich białasów, Chrisie Dudleyu (szkoda, że Travis Knight spóźnił się minimalnie na lata 90 w Knicks), ale to nie wyczerpuje tematu.

Był sobie na przykład jeszcze taki koleś, jak Brian Quinnett, z karty wyglądający trochę na ninetiesową wersją Mindaugasa Kuzminskasa (choć tak właściwie to Mindaugas z fryzurą na starszego o kilka lat od ciebie syna sąsiadów, który dawniej słuchał Papa Dance, jest ninetiesową wersją samego siebie) i tego rodzaju rolę pełniący w swoim najlepszym sezonie w Nowym Jorku, czyli rozgrywkach 90/91 (okolice 5 punktów i 2 zbiórek).

Quinnett był skrzydłowym, choć akurat Basketball Reference klasyfikuje go jednoznacznie jako shooting guarda, zaś w swojej nowojorskiej karierze, 50 numer Draftu 1989 bywał też m.in. pierwszym zmiennikiem dla Patricka Ewinga. Z tego co można o nim dziś przeczytać, miewał momenty, gdy bardzo solidnie wypełniał rolę zadaniowca, ale zabrakło dla niego miejsca w składzie, gdy zespół z Nowego Jorku przejął Pat Riley. Efektem był transfer do Mavericks w trakcie sezonu 91/92, którzy okazali się ostatnią drużyną w karierze 25-letniego wówczas Briana. Quinnett dostał latem oferty kontraktu z Chicago i Bostonu, postanowił jednak wstrzymać się z negocjacją warunków do zakończenie ligi letniej, na którą pojechał razem z Celtics. Niestety wtedy posłuszeństwa odmówiły sprawiające chroniczne problemy plecy, a Brian nie tylko zmarnował ligę letnią, ale był zmuszony jesienią przejść operację, której efektem była częściowa strata czucia w lewej nodze i atrofia mięśni. NBA nagle znalazła się poza zasięgiem Quinnetta, który dokończył sportową karierę w CBA i Europie.

138 spotkań w NBA to niewielka próbka, stąd jedyny highlight naszego dzisiejszego bohatera, jaki śmiga po YouTube’ie to czapa, jaką zarobił od Scottie’ego Pippena:

Otagowane , ,

Tyus Edney, Ed O’Bannon, George Zidek

Edney, O'Bannon, Zidek

Fun Fact: Te wyjmowane z paczek ninetiesowych, kioskowych Upper Decków potrójne karty strasznie mnie konfundowały (prawie tak bardzo, jak przebieg zawodowej kariery Eda O’Bannona). Nigdy nie mogłem się zdecydować, czy je rozrywać, czy nie. Ostatecznie wszystkie podzieliłem na mini-karty, moim zdaniem dość logicznie uznając, że skoro producent nie chciał byśmy je dzielili na trzy części, to darowałby sobie perforację pomiędzy segmentami. Gdy dziś trafiam na taką kartę, zostawiam ją jednak nienaruszoną, bo łatwiej je w ten sposób przechowywać. To chyba oznaka – wyjątkowo niszowa, przyznaję, ale jednak – starzenia się.

Ale, ale.

Ten post miał mieć trzech bohaterów i żadnym z nich nie miał być podstarzały ja. Ed miał już krótką wzmiankę i darujmy sobie dalsze pastwienie się nad jego zmarnowanym talentem (zresztą niewiele jestem chwilowo w stanie dodać do tego, co napisałem tu ostatnio…), zostają więc – także mający już na koncie epizody na MMJK – Tyus i Jiří zwany też przez Amerykanów George’em.

Ten drugi był 22 pickiem w pierwszej rundzie Draftu 1995, ale już chwilę później, jako 24-latek wyleciał na dobre poza ligę (ze średnimi z kariery około 3 punktów i 2 zbiórek w meczu). Nie załapałby się nawet do pierwszej piątki George’ów z lat 90, bo na centrze wygryzłby go Gheorghe Muresan (reszta składu to Tate George i George McCloud na obwodzie, George Lynch na skrzydle a na czwórce – z braku laku – mający na drugie imię George, Anthony Mason).

Edney – jeden z tych mniej znanych zdobywców mniej znanej nagrody Frances Pomeroy Naismith Award – zdziałał w NBA nieco więcej (7 punktów, 4 asysty w karierze), choć stracił miejsce w lidze w tym samym momencie co Zidek (obydwaj zresztą stworzyli wtedy duet w Żalgirisie Kowno). W tym czasie przerobił alternatywny scenariusz przyszłej kariery Isaiah Thomasa, tyle że w tej jej wersji miniaturowy point guard nie miał okazji eksplodować talentem grając dla Kings, a potem Celtics. Choć momenty były:

Otagowane , , , ,

Stuart Gray

Stuart Gray

Fun Fact: Stuart Gray – który zanim rozegrał 27 spotkań w koszulce Knicks na początku lat 90, był przez 5 sezonów graczem Pacers, spędzając też pół sezonu w Charlotte – jest jedynym koszykarzem NBA urodzonym w Strefie Kanału Panamskiego. W szkole średniej uważano go za wielki talent – podczas licealnych turniejów dla najlepszych zawodników zdarzało mu się przyćmiewać Patricka Ewinga. Niestety potem okazało się, że mierzący 7 stóp center ma w zwyczaju obżerać się pizzą i narzekać, stąd jego trzyletnia kariera w UCLA rozczarowała wiele osób. Potencjału wystarczyło na wybór na początku drugiej rundy słynnego Draftu 1984 (ten z Michaelem Jordanem… no i z Jerome’em Kerseyem, ma się rozumieć…), ale nawet te jego resztki nie zostały zrealizowane w Indianapolis, gdzie Gray rzadko przebywał na parkiecie dłużej niż 10 minut na mecz.

Choć w przeliczeniu na 36 minut wykręcał double-double, jego ogólną przydatność podsumowuje cytat z jednego z amerykańskich „skarbów kibica” z lat 80: „Urodzony w Strefie Kanału Panamskiego – nic dziwnego, że ją oddaliśmy”. Lektura odwrotu jednej z jego kart informuje nas o jego popisowym numerze – zablokowaniu w jednym z meczów obydwu Bliźniaczych Wież, czyli zarówno Hakeema Olajuwona, jak i Ralpha Sampsona. Z drugiej strony jednak na jego pierwszej karcie wydrukowano zdjęcie nie Graya, a klubowego kolegi Tony’ego Browna – chyba więc nie wybijał się na tyle często, by producenci kart go kojarzyli…

grayrc

(fot. Beckett.com)

Bonus Fun Fact: Stuart Gray, jak już wspomniałem, jest jedynym graczem NBA, który urodził się w Strefie Kanału Panamskiego, ale nie jedyną pochodzącą stamtąd osobą związaną z ligą – dziewięć lat po nim, w tym samym miejscu urodziła się prezenterka koszykarskich programów ESPN, Sage Steele.

Otagowane , ,

Rich King

Rich King

Fun Fact: Bogaty Król, tudzież Król Ryszard to postać, z której braku w pamięci fani NBA są rozgrzeszeni. Wszak rozegrał ledwie 72 mecze w tej lidze, boleśnie rozciągając ten wynik na cztery wypełnione głównie rehabilitacją sezony w Seattle SuperSonics. Rich King łącznie, przez 7 lat orbitowania wokół NBA (po wygaśnięciu jego debiutanckiego kontraktu pojawiał się jeszcze na obozach treningowych Wolves, Nuggets i Grizzlies, zaliczył też przygodę z CBA) przeszedł 6 operacji i składane miał praktycznie wszystko – kciuk, stopę, plecy oraz obydwa kolana, a mecze opuszczał także z powodu tak egzotycznie brzmiących powodów, jak choroba części twarzowej czaszki – zespół Costena.

Co prawda, gdy był zdrowy (przez cały pierwszy sezon) King nie pokazał zbyt wiele, ale nie dostał szansy na awans w hierarchii podkoszowej rotacji Sonics, który w dniu Draftu 1991 wydawał się nieuchronny. Guru ligowych skautów, Marty Blake, nazwał Richa „stealem draftu”, a fani Seattle, które wybrało go z numerem 14, porównywali go do kultowego centra Ponaddźwiękowców, Jacka Sikmy. Co prawda inna łatka – luksusowa wersja Willa Perdue – nie była aż tak podniecająca, jednak wszyscy doceniali jego warunki fizyczne – 7 stóp i 2 cale wzrostu przy niezłej mobilności – dryg do bloków, rzut z wyskoku i brak lęku przed podkoszowymi kolizjami mimo ogólnej chuderlawości. Podobno w swoim dziewiątym meczu w karierze, trafił kluczowe cztery rzuty wolne, które pozwoliły Sonics pokonać po dogrywce Warriors, a George Karl w nagrodę za ciężką pracę na treningach wystawił go też dwukrotnie w pierwszej piątce, w tym raz przeciw Patrickowi Ewingowi. Na tym jednak kończą się opowieści o jego boiskowych wyczynach wśród zawodowców. Na przedwczesnej emeryturze Rich King odnalazł się jednak całkiem dobrze. Razem z najlepszym kumplem z Sonics – Detlfem Schrempfem – założył firmę zajmującą się doradztwem finansowym dla sportowców i celebrytów. Był też potem m.in. przedstawicielem handlowym firmy oferującej leasing prywatnych samolotów. Ogólnie – radzi sobie. I trzyma się z dala od chirurgów.

A kariera w NBA nie była całkowicie zmarnowana. W czasie jednego z meczów złapał kontakt wzrokowy z jedną z fanek Sonics siedzących niedaleko ławki rezerwowych. Tego samego wieczora spotkał ją przypadkiem w restauracji i do dziś są małżeństwem. Tak się grzeje ławę dzieciaki!

Otagowane ,