Tim McCormick

Tim McCormick

Fun Fact: Stworzyłem wczoraj taga „Bardzo Biali Ludzie z Nowego Jorku” i dziś idę za ciosem, przy czym kojarzcie słowo „cios” nie z mocnym uderzeniem, a ociosanym kawałkiem drewna.

Tim McCormick trafił do Knicks w rozgrywkach 91/92, które były ostatnim rokiem jego ośmioletniej kariery w NBA, obejmującej wcześniej Seattle, Filadelfię, New Jersey, Houston i Atlantę, a zaczętej w słynnym Drafcie 1984 (Tim był wybrany z #12, czyli 4 miejsca przed Johnem Stocktonem).

Na stronie internetowej McCormicka, który pracuje obecnie dla ESPN, widnieje hasło będące też tytułem napisanej przez niego książki – „Nigdy nie bądź średniakiem”. To mocne słowa, jak na kogoś kto ma w karierze średnie 8 punktów i 4 zbiórek, a w najlepszych latach – 12/7.

Ostatecznie jego rola w Knicks ograniczyła się do bycia zapychaczem w wymianie, która w 1994 roku (McCormicka nie widziano wówczas na parkiecie od dwóch lat) sprowadziła do Wielkiego Jabłka Dereka Harpera, choć niewiele brakowało, a byłby zapychaczem w jednym z najgłośniejszych nowojorskich niespełnionych transferów – pozyskaniu Isiah Thomasa z Detroit.

Otagowane , ,

Brian Quinnett

Brian Quinnett

Fun Fact: Przeglądałem sobie swoje albumy z kartami i doszedłem do wniosku, że mój blog powinien mieć tag „Bardzo Biali Ludzie z Nowego Jorku”. To może nie taka śnieżnobiałość jak w przypadku „Bardzo Białych Ludzi z Milwaukee”, ale w Wielkim Jabłku w latach 90 dało się znaleźć kilka dorodnych okazów białej odmiany człowiek połączonej z drewnianą odmianą koszykarza: pisałem już o Ericu Andersonie, Stuarcie Grayu i patronie nowojorskich białasów, Chrisie Dudleyu (szkoda, że Travis Knight spóźnił się minimalnie na lata 90 w Knicks), ale to nie wyczerpuje tematu.

Był sobie na przykład jeszcze taki koleś, jak Brian Quinnett, z karty wyglądający trochę na ninetiesową wersją Mindaugasa Kuzminskasa (choć tak właściwie to Mindaugas z fryzurą na starszego o kilka lat od ciebie syna sąsiadów, który dawniej słuchał Papa Dance, jest ninetiesową wersją samego siebie) i tego rodzaju rolę pełniący w swoim najlepszym sezonie w Nowym Jorku, czyli rozgrywkach 90/91 (okolice 5 punktów i 2 zbiórek).

Quinnett był skrzydłowym, choć akurat Basketball Reference klasyfikuje go jednoznacznie jako shooting guarda, zaś w swojej nowojorskiej karierze, 50 numer Draftu 1989 bywał też m.in. pierwszym zmiennikiem dla Patricka Ewinga. Z tego co można o nim dziś przeczytać, miewał momenty, gdy bardzo solidnie wypełniał rolę zadaniowca, ale zabrakło dla niego miejsca w składzie, gdy zespół z Nowego Jorku przejął Pat Riley. Efektem był transfer do Mavericks w trakcie sezonu 91/92, którzy okazali się ostatnią drużyną w karierze 25-letniego wówczas Briana. Quinnett dostał latem oferty kontraktu z Chicago i Bostonu, postanowił jednak wstrzymać się z negocjacją warunków do zakończenie ligi letniej, na którą pojechał razem z Celtics. Niestety wtedy posłuszeństwa odmówiły sprawiające chroniczne problemy plecy, a Brian nie tylko zmarnował ligę letnią, ale był zmuszony jesienią przejść operację, której efektem była częściowa strata czucia w lewej nodze i atrofia mięśni. NBA nagle znalazła się poza zasięgiem Quinnetta, który dokończył sportową karierę w CBA i Europie.

138 spotkań w NBA to niewielka próbka, stąd jedyny highlight naszego dzisiejszego bohatera, jaki śmiga po YouTube’ie to czapa, jaką zarobił od Scottie’ego Pippena:

Otagowane , ,

Tim Perry

Tim Perry

Fun Fact: Dość już powiedziano o tym, jak kiepskim trade’em dla 76ers okazało się oddanie Charlesa Barkleya do Phoenix, ale tak to już jest z pozbywaniem się wielkich gwiazd. Mniej znany fakt jest taki, że Philly było bliskie uzyskania znacznie lepszych warunków od Los Angeles Clippers, którzy mieli wysłać na wschód Charlesa Smitha, Kena Normana i Bo Kimble’a, jednak Larry Brown zawetował ten transfer pozbawiając nas szansy na wspominanie po dziś dzień legendarnych zapewne anegdot związanych z pracą Sir Charlesa dla Donalda Sterlinga.

Zamiast tego dostaliśmy Tima Perry’ego i najsmutniejszy wsad w historii Slam Dunk Contest…

Choć na obronę umiejętności gry nad obręczą Tima należy dodać, że Shaquille O’Neal zalicza go oficjalnie do grona rzekomo tylko trzech zawodników w historii NBA, którym udało się zadunkować nad Dieselem – pozostali to Michael Jordan i Derrick Coleman.

Otagowane

Karl Malone

Karl Malone

Fun Fact: Utah Jazz kilka dni temu świętowali w przerwie meczu 20-lecie sezonu 96/97, zakończonego najlepszym bilansem w historii klubu, nagrodą MVP dla Mailmana i awansem do finałów. Karl Malone nie dotarł wówczas do hali, co jest strasznym faux pas, więc mam nadzieję, że miał jakiś naprawdę ważny powód (pojawił się nawet ostatni gracz z ławki, Stephen Howard, który w post season zagrał łącznie 13 minut). Za karę poświęcony mu wpis oddam Johnowi Stocktonowi, który nie tylko wziął udział w sympatycznej ceremonii, ale też razem z Bryonem Russellem (który ma dziś większy tyłek niż Greg Ostertag) odtworzył najsłynniejszy rzut w swojej karierze:

No i Stockton miał wczoraj 55 urodziny.

Otagowane ,

Terry Catledge

Terry Catledge

Fun Fact: Terry Catledge był najlepszym strzelcem i zbierającym Orlando Magic w ich pierwszym sezonie w NBA, choć i tak głównie został przez fanów tej drużyny zapamiętany jako ten gość, który nie chciał oddać debiutującemu Shaqowi jego uczelnianego numeru 33. Przez resztę fanów, choć głównie tych z lat 80, został z kolei zapamiętany jako alkoholik z brzydkim zwyczajem prowadzenia po pijaku.

Był też jednym z głównych odbiorców rekordowych 30 asyst Scotta Skilesa (25 puntów w tamtym meczu).

Otagowane

Will Perdue

Will Perdue

Fun Fact: W dziesięciostopniowej skali subtelnej i niezamierzonej, ale jednak niepokojącej dwuznaczności, daję odwrotowi tej karty Willa Perdue 7 (pięć to zdecydowanie zbyt duża liczba osób skupionych w tym samym czasie na okolicach krocza Willa Perdue – liczę samego Willa oraz fotografa w tle – a już na pewno trzema z nich nie powinny być dzieci – tę liczbę z kolei ustalam po liczbie nóg w prawym dolnym rogu).

Jakbyście się zastanawiali jak wygląda dziesiątka w takiej skali, oto ona:

violators

Chociaż nie, z takimi koszulkami to minimum dwunastka…

Otagowane ,

Nick Anderson

Nick Anderson

Fun Fact: Ben Wilson został zastrzelony w 1984 roku, w wieku 17 lat. Był uważany za największy talent licealny, połączenie Magica Johnsona i George’a Gervina. Mogliście o nim nie słyszeć, bo nie otarł się o NBA jak Len Bias, ani nie zdążył ugruntować swojej reputacji w NCAA, jak Hank Gathers, ale to nie znaczy, że pamięć o nim nie pozostaje żywa.

Nick Anderson przez całą karierę grał z numerem 25 w ramach hołdu właśnie dla niego.

Trzynaście lat po śmierci Nike nakręciło o nim spot reklamowy.

Gdy Derrick Rose przechodził do Nowego Jorku w 2016 roku, zmienił numer na 25 także na cześć Benjiego, który urodził się 18 marca 1967 roku, czyli jutro kończyłby 50 lat.

Otagowane ,

Kobe Bryant

Kobe Bryant

Fun Fact: Gdy byłem dzieciakiem, z wypiekami na twarzy oglądałem kreskówkę z He-Manem. Pamiętam, że po latach – jakoś w okolicach końca podstawówki – przypadkiem trafiłem na „Władców Wszechświata” w telewizji i byłem w szoku, że nie byli tacy fajni jak zapamiętałem. To było chyba moje pierwsze doświadczenie ze smutnym procesem dorastania.

„Magic Basketball” to kultowy magazyn, ale gdy kartkuję sobie czasem stare numery, czuję się jak podczas tamtego seansu przygód obrońcy Eterni. Niektóre fragmenty publikowanych tam artykułów były tłumaczone tak, jakby redakcja MB wyprzedziła Google w stworzeniu translatora. Ostatnio znalazłem swój nowy ulubiony przykład kiepskiej jakości przedruków, w tekście o Kobe’im Bryancie opisującym m.in. słynną anegdotę dotyczącą jego balu maturalnego i ówczesnej gwiazdeczki muzyki pop, dość uroczej nastolatki imieniem Brandy. Taką wersję tej historii poznali czytelnicy „Magic Basketball”:

brandi

Otagowane

Gary Payton

Gary Payton

Fun Fact: Dwa dni przed Draftem 1990, Gary Payton wziął udział w dziwacznym turnieju One-on-One Collegiate Challenge wymyślonym przez promotora boksera Sugar Raya Leonarda i pokazywany w Ameryce w systemie „pay per view” (przyjemność kosztowała niecałe 13 dolarów). Udział wzięło w nim 8 spośród najlepszych graczy przechodzących właśnie na zawodowstwo. Oprócz Paytona, byli to: Chris Jackson, Lionel Simmons, Bo Kimble, Willie Burton, Travis Mays, Bimbo Coles i Sean Higgins. Payton dotarł aż do finału, gdzie w ośmiominutowym starciu (czas na akcję wynosił 20 sekund) przegrał 23:30 z bohaterem poprzedniego wpisu na tym blogu.

Oto zapis tego starcia (w fatalnej jakości i poprzedzony skrótem jednego z półfinałów, między Kimble’em i Simmonsem):

A oto tabelka prezentująca dalsze losy uczestników tego turnieju – w drafcie i NBA:

Uczestnicy One-on-One Challenge – Draft 1990 i reszta kariery
Round 1 Totals Shooting Per Game Advanced
Pk Player Yrs G PTS FG% 3P% FT% MP PTS TRB AST WS
2 Gary Payton 17 1335 21813 .466 .317 .729 35.3 16.3 3.9 6.7 145.5
3 Mahmoud Abdul-Rauf 9 586 8553 .442 .354 .905 26.7 14.6 1.9 3.5 25.2
7 Lionel Simmons 7 454 5833 .433 .305 .771 29.7 12.8 6.2 3.3 16.9
8 Bo Kimble 3 105 574 .386 .291 .728 12.7 5.5 1.5 0.9 0.1
9 Willie Burton 8 316 3243 .424 .345 .786 21.1 10.3 2.9 1.2 9.1
14 Travis Mays 3 115 1273 .410 .362 .749 25.8 11.1 2.0 2.8 2.4
Round 2 Totals Shooting Per Game Advanced
40 Bimbo Coles 14 852 6628 .425 .267 .811 23.8 7.8 2.1 3.9 27.4
54 Sean Higgins 6 220 1375 .428 .321 .850 15.2 6.3 1.8 1.0 0.4
Provided by Basketball-Reference.com: View Original Table
Generated 3/10/2017.

Tu już Gary Payton kasuje konkurencję, a nieszczęsny Bo Kimble przegrywa nawet z ostatnim pickiem Draftu 1990, Higginsem…

Otagowane

Bo Kimble

Bo Kimble

Fun Fact: Charles Barkley, Larry Bird, Scottie Pippen – bohaterowie ostatnich wpisów na tym blogu zawyżyli nieco mainstreamowość ramówki, dlatego wracam czym prędzej do ukochanych bohaterów drugiego (lub jeszcze dalszego) planu. Takim (i to tym dalszoplanowym) kimś jest Bo Kimble, choć gdy dominował rozgrywki uniwersyteckie droga do bycia kolejnym mainstreamowym gwiazdorem NBA stała przed nim otworem.

Gdy włączałem go do mojej All-Time Favourite 9th Team (swoją drogą, z perspektywy czasu trochę bym niektóre składy pozmieniał, być może łącznie z pierwszą piątką), pisałem o Bo Kimble’u tak (cytat wierny w 95% bo podredagowałem irytujące powtórzenia):

Przykład moich irracjonalnych sympatii – bohater jednej z pierwszych kart jakie miałem. Na jej odwrocie była informacja o tym, jak wymiatał w college’u – ponad 35 punktów na mecz – więc po raz pierwszy w życiu, wtedy jeszcze o tym nie wiedząc, dałem się złapać na „hajp”… Kimble trafił nawet na trochę do moich Knicks, czym oczywiście dodatkowo przyplusował, ale szybko do mnie dotarło, że NCAA to chyba jednak trochę inna bajka niż NBA… Tak czy siak po dziś dzień pielęgnuję pamięć o Bo Kimble’u.

W ramach pielęgnowania pamięci o Bo Kimble’u, mój zespół koszykarzy o nazwiskach kojarzących się z filmowymi policjantami z kina akcji lat 80:

PG – Pooh Richardson

SG – Bo Kimble

SG – Blue Edwards

PF – Carl Herrera

C – Frank Brickowski

Ławka – Eric Piatkowski, Charles Shackleford, Lawrence Funderburke, Darren Morningstar, A.C. Green, Harvey Grant, Smush Parker, Buck Williams, Bonzi Wells, Isaiah Rider.

But seriously…

Kimble przychodząc do NBA był w zasadzie jak gwiazda filmowa. Tragiczna śmierć w czasie meczu jego kolegi z uniwerku Loyola Marymount, (jeszcze bardziej dominującego w NCAA) Hanka Gathersa, była historią napisaną niczym scenariusz sportowego dramatu, który zresztą na jej podstawie nakręcono. Film powstał w 1992 roku, nazywał się „Final Shot: The Hank Gathers Story”, a w roli Bo wystąpił niejaki Duane Davis, syn byłej gwiazdy NFL, który zagrał epizody m.in. w takich filmach jak „Liberator” ze Stevenem Seagalem (nie kojarzę kogo tam grał, ale obstawiam, że nie Erikę Eleniak wyskakującą topless z tortu), „Sok z żuka” czy czwarta część „Koszmaru z ulicy Wiązów”. Kimble siebie samego nie zagrał, ale rok wcześniej wystąpił w filmie „Niebo jest boiskiem” jako koszykarz Matthew Lockhart…

Tak jest! Można tam też zobaczyć Hakeema Olajuwona jako Luthera Hakima (jak oryginalnie).

Jednym z najbardziej ikonicznych momentów w historii koszykówki uniwersyteckiej jest Bo Kimble wykonujący osobiste w trakcie NCAA Torunament lewą ręką w ramach hołdu dla swojego przyjaciela (pierwszy rzut osobisty w NBA także wykonał w ten sposób)…

Do dziś to właśnie ten obrazek jest pierwszym skojarzeniem fanów koszykówki z Bo Kimble’em. Pamięć o Gathersie unieśmiertelniła także jego. O totalnie zawalonej karierze zawodowej mówi się znacznie rzadziej.

Do tej pory nie do końca wiem, czemu taki ofensywny talent jak Kimble zmarnował się w NBA i to w Clippers (temat porusza m.in. ten oto artykuł z The New York Times, z którego parę razy skorzystam w najbliższych kilku akapitach). Najrozsądniejsze wytłumaczenie jest najbardziej wyświechtane – Bo nie wybił się wśród zawodowców, tak jak wiele innych gwiazd NCAA, albowiem to dwie zupełnie różne dyscypliny. Zwłaszcza, że styl gry Loyola Marymount był jak „7 seconds or less” na sterydach, zupełne szaleństwo, w którym trener Paul Westhead nie uczył swoich podopiecznych niuansów koszykówki, a po prostu kazał im rzucać jak tylko przekroczą połowę (jego maksymą było: „jeśli nie wiesz co robić, rzucaj”). Nikt nie zamierzał dać w NBA takiej wolności nawet najbardziej utalentowanemu zawodnikowi. Nie 25 lat przed Stephenem Currym. Kimble był w stanie trafić każdy rzut…

…ale nie potrafił go sobie wykreować. W ataku pozycyjnym tracił cały swój ofensywny polot.

Kimble nie mógł zrozumieć dlaczego Clippers, którzy w jego debiutanckim sezonie mieli bilans 31-51, po prostu nie zrobią z niego opcji ofensywnej numer jeden, skoro był w całej drużynie najlepszy w umieszczaniu piłki w koszu. Wobec kontuzji Rona Harpera zaczął sezon w pierwszej piątce (22 punkty w debiucie, 15 punktów na mecz w pierwszych 15 spotkaniach kariery), ale w połowie grudnia trener Mike Schuler zaczął go spychać coraz niżej w rotacji. Do 19 grudnia Kimble spędzał na parkiecie średnio 27.5 minuty, a przez resztę sezonu – 10. Ta liczba spadła do 8 minut w drugim sezonie, w którym rozegrał już tylko 34 spotkania. Bo narzekał („Wybierają cię w drafcie żebyś rzucał, a potem każą ci tego nie robić”), ale też ciężko pracował na treningach. Schuler był jednak niewzruszony, a na pytania o brak czasu gry dla Kimble’a odpowiadał:

„Tak, Bo trafia wszystkie rzuty na treningu. Dlaczego nim więc nie gram? Ponieważ nie trafia w czasie meczu.”

Faktycznie, jego skuteczność w sezonie debiutanckim wynosiła 38% (w tym 29.2% za trzy), jednak według przyjaciół Kimble’a, Schulerowi nie podobała się przede wszystkim jego niepoparta osiągnięciami zawodowymi sława. „To że wydałeś książkę i zagrałeś w filmie w niczym ci nie pomoże, Bo” – miał powiedzieć szkoleniowiec Clippers. Podobno tego samego zdania byli też koledzy z drużyny. Kimble tak to wspominał:

„Chłopaki mnie nie akceptowali. Byłem bardzo popularny w L.A. i w połowie sezonu wielu kolegów zwróciło się przeciwko mnie. Nie podawali mi nawet gdy byłem niekryty, a to wytrąca cię z równowagi. Ignorowali mnie, albo wręcz celowo podawali piłkę niedokładnie, w kolana.”

Po latach Kimble wymyślił sobie nawet teorię, że trenerzy nie grali nim, bo niesławny właściciel Clippers, Donald Sterling, chciał zaoszczędzić trochę pieniędzy, a w kontrakcie Bo był zapis o premii w wysokości 300 tysięcy dolarów za granie ponad 15 minut w meczu (choć brzmi to dokładnie jak coś, co zrobiłby Donald Sterling).

Innymi słowy, według Bo Kimble’a winni jego niepowodzeń byli wszyscy, poza Bo Kimble’em.

Prawda leży pewnie gdzieś pośrodku – nietrudno sobie wyobrazić tak nieudany przebieg kariery Bo jako wypadkową nieprzekładalnego na koszykówkę wczesnych lat 90 stylu gry, kiepskiego trenera (choć Larry Brown także „nie poznał się” na talencie Kimble’a), kiepskiej drużyny i tłamszącej zazdrości kolegów o gówniarza, który jeszcze na studiach stał się bohaterem całego Miasta Aniołów. Łatwo też sobie wyobrazić, że taki status uderza młodemu chłopakowi do głowy i zwiększa roszczenia wobec całego świata. Może nastawienie samego Kimble’a także było problemem? Może zaszkodziła łatka (moim zdaniem niesprawiedliwa) gościa, który robił karierę na tragedii najlepszego przyjaciela (nawet rodzina Hanka Gathersa miała mu to podobno za złe)?

Faktem jest, że Kimble bardzo źle zniósł sposób, w jaki liga pokazała mu miejsce w szeregu (105 meczów w całej karierze to nawet mniej niż rozegrał Ed O’Bannon).

Dziś otwarcie przyznaje, że gdy był zawodnikiem Clippers „co najmniej 10 do 15 razy” chciał popełnić samobójstwo, a trauma po śmierci na parkiecie najlepszego przyjaciela była niczym wobec gry dla drugoplanowej ekipy z Los Angeles…

Och, jak ja tęsknię za tamtymi Clippersami!

Otagowane